Bomba stała tymczasem na stryszku, wystawiona na zewnątrz dymnika, niedostrzegalna dla najściślejszej rewizji, i patrzyła z wysokiego dachu na miasto. Rewilak co dzień wychodził na długie rekonesanse w tej swojej ostatniej sprawie. Wesołe to były dni. Uśmiechał się, patrząc na ludzi, kręcących się po ulicy koło swoich interesów. Uśmiechał się, widząc kogoś płaczącego, uśmiechał się, kiedy się kto śmiał, zabawnie mu było, kiedy spotkał patrol, prowadzący więźniów, i kiedy przyglądał się trupowi zabitego szpicla, rozciągniętemu na chodniku. Jednakowo patrzył na bogatego i na biednego. — Teraz już wszystko jedno — myślał sobie. Był nareszcie spokojny. Sama sprawa nie była jednak prosta. Chłopak był obdarty — szpicle, którzy włóczyli się pod domem owego generała, przyglądali mu się brzydko, a nie miał za co sprawić sobie nic nowego. Najgorszy zaś był kapelusz — dziurawy, z obwisłymi brzegami, wytłuszczony na glanc.
Zaszedł tedy do starego sklepikarza na Starym mieście. Musi dać — upewniał się: z biedy go wyciągnąłem. Jakby nie chciał, to mu powiem, że mu cały interes odniosę z powrotem. Ale sklep był zamknięty. Rewilak poszedł do bramy i zastukał do tylnych drzwi.
— A czego to? — spytał stróż.
— Czemu to sklep zamknięty? Mam interes do starego.
— To idź pan na Bródno! Dziś rano go tam zawieźli.
— Patrzajcie! I cóż mu się stało?
— Nic wielkiego. Powiesił się i tyle.
Rewilak zagwizdał i poszedł sobie. Nie przyszło mu nawet do głowy, że to on mógł być przyczyną tego nowego nieszczęścia. Myślał nad tym, skąd wydobyć trochę pieniędzy, choćby na kapelusz ma buty. Zastanawiał się, czyby to wypadało zrobić na taki cel jedną niewielką, już ostatnią w życiu „komunę”.
— Lepiej by było nie, ale jakże inaczej? Było to istotnie jedyne wyjście. Toteż, nie przesądzając jeszcze sprawy, zagłębił się w dalsze uliczki i po drodze przystawał przed oknami sklepów i sklepików i badał sytuację. W jednym miejscu widzi, w sklepie mydlarskim siedzi za ladą sama jedna dziewczynina. W pokoju za sklepem pusto. A może by spróbować? Ten ostatni raz? Przecie to nie dla siebie...
Nagle poczuł w krzyżach przenikliwy ból, który w jednej sekundzie przeszył go na wskroś. Obrócił się w mgnieniu oka i stanął oko w oko z Wickiem-Wariatem z Woli, z którym miał śmiertelne porachunki. Wicek patrzył na niego ironicznie, otrząsał nóż ze krwi i zabierał się do odwrotu.