— Kwit z tobą, „Kuroki”! Udryptałem się za tobą nieźle. Dobranoc, towarzyszu! No?! Jeszcze mi do nóg nie padasz? Czy cię mam poprawiać?

I jak gdyby Rewilak tylko czekał na ten rozkaz, pochylił się, nogi się pod nim ugięły... Lewa ręka usiłowała jeszcze niedołężnie sięgnąć do kieszeni, gdzie była niedostępna maszyna. Wreszcie padł twarzą do ziemi...

A Baćka zaniemógł ciężko. Z tydzień przeleżał w gorączce, nie wiedząc o świecie bożym. Kiedy się ocknął, poczuł gwałtowny napływ życia i sił. Mówił głośno, wymyślał żonie, odgrażał się.

Tymczasem strajk się zepsuł, ludzi mnóstwo pobrali, a reszta znowu skamłała u majstrów o robotę, zdając się na ich łaskę i niełaskę. Zażądał Baćka jeść po chorobie, ale w domu nic nie było.

— Czekałam, aż wstaniesz, to poduszkę się zaniesie. Będzie na parę dni.

— A nie robiłaś nic?

— Com miała robić? Trzy razy byłam u naszego. Wygnał za każdym razem: dla mnie teraz, powiada, sami nowi robią — dość ja już z wami miałem zgryzoty! Żeby jego morowe powietrze...

— A gdzie indziej?

— Wszędzie odganiają. Śmieją się z człowieka i tyle. Koniec świata!

— U Żydów byłaś?