— Co to, jaśnie pan ma źle w głowie? Komu się pokazywać? Na co? Czy to ta Warszawa warta, żeby ona jaśnie pana oglądała na swoje oczy? Takie parszywe, niewierne miasto? Też ochota! Patrzajcie! Poczekają oni jeszcze dobrze, zanim będą warci oglądać jaśnie pana namiestnika! Pożałują oni, pożałują! Ja Polaków znam, ja sam Polak z rodu!
— Przecież, jeżeli wyjadę niespodziewanie? Zanim się ktoś spodzieje, zanim się zdążą zmówić, już powrócę!...
— Ohoho... Niby to po ulicach nie stoi wszędzie ich tajna policja. Taki Żydek z papierosami, taki dorożkarz, taki posłaniec, taka... z przeproszeniem jaśnie pana, łajdaczka, co się szlaje po ulicy — to wszystko ich szpicle. Bo to nie nabrali pieniędzy w Mazowiecku? I tu przed samym zamkiem kręcą się jakieś figury...
— Widziałeś?...
— Mam ja na to oko. Choćby wczoraj, stoję przed bramą — widzę, po drugiej stronie trzy razy jeden przeszedł. A głównie przyjeżdżają tramwajami. Wciąż ludzie wysiadają przed zamkiem, z miasta, z Pragi. Wysiada taki i odchodzi wolno, wolniusieńko, wraca się, jakby czegoś szukał i znowu odjeżdża. Po co on odjeżdżał, kiedy dopiero co przyjechał? A potem znów wraca. Oczami łypie ku bramie... Coś oni knują. Oni o każdej godzinie mają wszystko w pogotowiu.
— Głupi jesteś. Takiej siły oni nie mogą mieć.
— Takiej, jak my, nie mają, ale mają swoje złodziejskie sposoby. A na to co poradzi największa siła?
Było to największą troską generała. „Sposoby”. Czuł się wobec nich bezradnym.
Cios może paść nie wiadomo skąd — każdej chwili. Pomimo dozoru i rygoru w zamku i tu może do niego trafić wróg swoim nieobliczalnym sprytem.
Tedy znienacka, w dzień czy wieczorem, otaczano plac zamkowy wojskiem i rewidowano wszystkich, zabierano każdego, kto wydawał się podejrzanym. Żołnierze szli na tę robotę, jak na wesele. Bezczelnie obmacywali kobiety i z całą prostotą okradali rewidowanych ludzi z portmonetek i zegarków. Nie przynosiło to jednak żadnego istotnego pożytku. Generał siedział po dawnemu w swojej rezydencji.