Potem poszły czasy najgorsze. Raporty wszystkich dowódców korpusów zaczęły donosić o spiskach żołnierskich, o buntach, po koszarach, po obozach. Wykryto związek między ruchami żołnierskimi a polskimi organizacjami rewolucyjnymi. Tu — już jakby ziemia zapadła się pod nogami. Ci żołnierze pilnowali jego osoby. Przecież na ich łasce i niełasce był każdy moment jego życia. W twardym, niezłomnym umyśle generała zaczęło się dręczące wahanie. Mądrość całego życia, etyczne podstawy całej jego niezachwianej w wierności kariery podlegały niebezpiecznym wstrząśnieniom. Czyżby to już był koniec? Czyżby mylił się on i ci, co rządzili Rosją? Czyż mają słuszność żywioły anarchiczne, te buntownicze gazety, przepowiadające zgon samowładztwa?
Znał rosyjskiego żołnierza. Znał jego ciemną, martwą duszę. Wiedział, że na wrzask komendy żołnierz ten idzie w ogień, idzie, na ojca, na matkę, jak ślepa maszyna. Przykręcał śrubę dyscypliny i w powierzonym mu okręgu nie było do niedawna słychać o buntach i niepokojach sołdackich. Tutaj żołnierza otaczał zewsząd wrogi, obcy naród. Przeciwko temu odwiecznemu wrogowi, Polakowi, szczuto sołdata w cerkwi, w koszarach, w szkołach pod oficerskich, w broszurkach patriotycznych. A jednak sołdat bratał się z polskim buntownikiem i skrytobójcą...
W cóż w takim razie można jeszcze było wierzyć?
Generał zaczął się upijać. Pił samotnie, wieczorami. Pokrzepiał się, jak mógł — mógł przynajmniej spać twardo do rana. Inaczej nie mógłby zasnąć — bo do szaleństwa doprowadzała go myśl, że ginie Rosja.
Ze strachem patrzył teraz w oczy żołnierzy, stojących na warcie w zamku. A widząc struchlałe, bezmyślne spojrzenia sołdackie, wlepione w niego, jeszcze nie wierzył.
— Przekłuje mnie tym oto kazionnym7 bagnetem — myślał.
A ponieważ na takie niebezpieczeństwo nie było żadnej rady, przeto przestał wychodzić ze swego gabinetu i przylegających dwu pokoi. Wzmocnił za to działalność raportową i władze centralne na mocy dokumentów miały zupełnie dokładne pojęcie o jego gorliwości. Raz struchlał, otrzymawszy oficjalne zawiadomienie z Petersburga, że jakiś wielki książę z wielką księżną wybierają się za granicę i mają przejeżdżać przez Warszawę.
To jedno mogło go zmusić do opuszczenia swojej fortecy. Ale genialny dyrektor kancelarii przynosił mu natychmiast gotowy tekst telegramu, oświadczający, że osoba jego jest nieustannie tropiona przez rewolucjonistów, że wobec tego nawet tak krótki moment, jak powitanie na dworcu Ich Cesarskich Wysokości, może sprowadzić na Ich Ces. Wysokości nieszczęście w postaci zdradzieckiego zamachu, wymierzonego przeciwko warszawskiemu generał-gubernatorowi. Że polskie żywioły anarchistyczne nie zawahają się poświęcić osób Ich Ces. Wysokości. Że wobec tego uważa swój najświętszy obowiązek...
Wobec tego W. Książę jechał na Wierzbołów8, albo wcale nie jechał, a generał zostawał w spokoju.
Miewał jednak napady buntów, piekielnej nudy, wstydu. Wyjeżdżał na miasto! Wyjeżdżał. Stała gotowa opancerzona kareta z cesarskich wozowni, konwój kawalerii, która swymi ciałami i kadłubami kazionnych koni miała go osłaniać od kul, przywdziewał „protège-corps invulnérable9”, wyrabiany na użytek biurokracji rosyjskiej przez francuskich blagierów. Wyjeżdżał, ale po pół roku nie wyjechał za bramę. W ostatniej chwili chwytał go jakiś skurcz, jakiś spazm... Był to strach.