A czas upływał. Jeszcze wciąż wznosiły się ku górze nadzieje. Jeszcze na miejsce jednego powieszonego stawało do walki dziesięciu. Masy ludowe falowały i drgał coraz mocniej zrąb podmurowania państwa. W tajnym albumie generała zgromadziły się już dziesiątki fotografii skazańców rewolucjonistów, którym potwierdził wyroki i którzy już poszli na tamten świat. Z rzadka, w pewnych złych chwilach, rozglądał się po tych młodych twarzach.

Były tam oczy, patrzące na niego wyzywająco, jak na wroga, albo też bezmyślnie, obojętnie, w niektórych zastygło osłupienie strachu, w wielu widać już było wyraźnie patrzenie w niezgłębioną czeluść śmierci. Generał nie poczuwał się do litości ani żadnych wzruszeń natury ludzkiej, gdyż, podpisując wyroki, spełniał tylko swój obowiązek, a zresztą i rewolucjoniści nie byli dla niego inni, niż on dla nich.

Wśród tej galerii skazańców miał jedną młodą twarz, którą zazwyczaj pomijał przy przeglądaniu. Zbyt drażniące, zbyt mocne było jego spoglądanie prosto w oczy. Zbyt długo trzeba było pamiętać potem pewne, nieopisanie przykre wrażenie. Do tych oczu, patrzących zza świata, niepodobna się było przyzwyczaić. Na pierwsze wejrzenie chłopak ten spodobał mu się i to do tego stopnia, że gotów był nawet go ułaskawić. Ale ciążyło na nim zbyt wiele dowiedzionych przestępstw, generał zaś lubił być sprawiedliwym. Chłopak zginął i zaczął mścić się po śmierci.

Kiedy po jakimś czasie generał wydobył jego fotografię, spojrzały nań stamtąd jakby oczy upiora. Jasne, przenikliwe, nieubłagane — wiedzące już wszystko i mówiące wszystko. Szarpnęło nim po raz pierwszy w życiu okropne powątpiewanie. Zali dobre jest to, co czyni? Zali to jest konieczne? Z oczu powieszonego biła prawda, owa wiekuista nieomylność — która panuje tam, gdzieś, kędy poszedł skazany chłopiec. Z trudem powrócił potem generał do równowagi i przez jakiś czas nie wieszano nikogo. Ale któregoś dnia wrócił przecież do siebie i do pełnienia obowiązków. Siłą logiki i pracą woli, wymuszonym szyderstwem i zapijaniem sprawy zwyciężył tajemniczą moc swego wroga zza świata. A kiedy już było wszystko po dawnemu, wydobył album i z drwiącym uśmiechem spytał widma:

— No i co?

— Zginiesz! — odpowiedziały natychmiast oczy.

Była w tym spojrzeniu znowu przenikliwa, nieodparta prawda. I zamarł drwiący uśmiech na pobladłej twarzy generała — zobaczył bowiem jakby własną śmierć, swój własny grób. Widział swój pogrzeb uroczysty, idący ulicami Warszawy. Gromady gapiów, szpalery wojsk. Odtąd nie otwierał już albumu i przestał gromadzić fotografie skazanych.

A tego wieczora miał się stać właśnie epokowy wypadek w ostatnich miesiącach jego życia: miał naprawdę wyjechać. W najgłębszej tajemnicy czyniły się przygotowania. Wszyscy agenci byli ściągnięci, obstawione były ulice. Cały szwadron huzarów miał być wezwany w ostatniej chwili. Generał gotował się do tego występu z całym bohaterstwem. Miał być na pewnym bazarze dobroczynnym, zorganizowanym przez polskie sfery arystokratyczne. Miał się pokazać. O to mu głównie chodziło. Zarazem strasznie chciał zobaczyć ruch uliczny, ludzi, życie. Miał to nieprzeparte zachcenie więźnia, który dałby pół życia za moment, spędzony na wolności, między ludźmi. Wszystko było gotowe, oberpolicmajster i naczelnik ochrany ręczyli mu za bezpieczeństwo, a zwłaszcza zapewniali, że nikt oprócz nich dwu nie wie o istotnym celu przygotowań.

Około dziewiątej przygalopował zaalarmowany oddział huzarów. Kareta stała gotowa i dwaj adiutanci z minami, sadzącymi się na oznaki męstwa. Generał już w futrze schodził ze schodów, czyniąc pod mikołajewskim płaszczem nieznaczne znaki krzyża. Serce mu biło mocno, coraz mocniej, jeszcze mocniej. Zachwiał się i upadł.

Wezwany lekarz skonstatował symptomaty nerwicy serca.