Odbyło się konsylium, zalecono wypoczynek, i generał zaczął rozmyślać nad tym, w jaki sposób zredagować podanie o dwumiesięczny urlop.


Orkiestra grała hucznie ostatni swój kawałek. Znać w nim było radość muzykantów, że nareszcie będą mogli pójść do domu. Był to hałaśliwy jakiś marsz. Jeszcze przed chwilą w umyśle Kamy tlał płomyczek nadziei, przed chwilą jeszcze, wbrew wszelkim oczywistościom, nie wyobrażała sobie, żeby szary realizm życia mógł zdeptać i wyszydzić wszystko, co było tak niesłychane.

Od dwu godzin żyła w ekstazie, wśród cudów, ponad bytem. Krążyła wśród tłumu, była przytomną, uśmiechała się, widziała i słyszała wszystko wokoło siebie. Od dwu godzin doznawała upajającej rozkoszy spoglądania zza świata na rzeczy ludzkie. Dziwnymi stawały się rzeczy najzwyklejsze. Inne, nikomu niewiadome, jej jednej tylko dostępne było znaczenie pewnych słów, dźwięków, barw, kształtów. W jednej chwili odmieniła się wewnętrzna postać wszelkiej rzeczy. Oczarowana weszła w rozbawiony, świąteczny tłum i wraz z nim bawiła się swoją tajemnicą.

Było jej wesoło, lekko, łatwo.

Mijał szybko czas wśród gwaru i pustoty karnawałowego bazaru. Krążyła po kramach, kupowała z wyborem rzeczy, które jej były miłe, dawała hojne naddatki. Lokaj, postępujący za nią, miał już pełne ręce sprawunków.

— Proszę jaśnie pani — odniosę do karety, bo już nie mam gdzie podziać!...

— Co to jest? Dlaczego jeszcze?...

— Milcz! Nie patrz tak na mnie. Lada chwila.

Upuścił kilka paczek i, podnosząc je, szeptał: