Idzie posłusznie. Z rozkoszą wypija dużą szklankę przepysznej jakiejś, mrożonej lemoniady. Płaci rubla. Przyćmiewają światła. Dzwonek.

Patrzy z chciwością. Wysoko na galerii na wielkim płótnie przebiega szybko żyjący krajobraz: środkiem biegną szyny kolejowe. Z jednej strony spływają zbocza gór, z drugiej faluje i bije o brzeg żywe, cudne morze. Z daleka przypływa fala, rozpędza się, zbiera siły, naciera i szerokim płaszczem zalewa brzeg. Wiatr od morza niesie jędrny, słony chłód, chwieją się na wietrze gałęzie drzew, mijają białe wille, pałacyki. Przemykają szybko ludzie, patrzący na pociąg. Znajomy, miły walc narzuca dziwny, rzewny urok na to wszystko. Ktoś głośno wywołuje tytuł numeru: „Droga z Nicei do Monte Carlo”. — Nigdy tam nie będę — myśli Kama i łzy napływają jej do oczu.

Skoczna, trywialna polka. Toczy się środkiem drogi pijany jegomość, oszczekują go psy, najeżdża nań rowerzysta, przewracają się obadwaj w pocieszny sposób. Wokoło śmiechy. I Kama się śmieje. Pijak idzie dalej, wpada w stado owiec i bije się z pastuchem. Znowu psy, które wydzierają mu z ubrania całe płaty. Jakiś człowiek niesie coś na głowie w dużym kuble. Pijak włazi mu pod nogi i zostaje oblany wapnem od stóp do głów. Wokoło śmiechy. I Kama śmieje się również, chociaż spostrzega, że ta błazeńska scena zaczyna się wiązać w jakiś straszliwy sposób z jej sprawą. Nagle zgaszona została cała groza i splugawiona wzniosłość tego, co ma się stać — lada chwila. Od tego błazeństwa trzeba będzie oderwać oczy i z urwanym pustym śmiechem pójść tam... Dlaczego tak głupio? To niepodobieństwo... Niepodobieństwo... żeby to mogło się stać naprawdę. Wie, że zrobi, co trzeba, rzuci, jak trzeba — ale to nie będzie już to samo. Ona już wie. Nic się nie stanie. Coś się nie uda.

Wiara odeszła. Zostało bierne, bezmyślne poddanie się. Ani odrobiny pragnienia, ani odrobiny strachu. Nie — nic z tego nie będzie.

W półmroku widziała obok siebie twarz Leona i ponury blask jego oczu, kiedy oglądał się za siebie, ku wejściu do sali. Myślała tępo: on się jeszcze spodziewa, a tymczasem to jest niepodobieństwem. Skąd wiem? Wiem, nie mylę się...

Po chwili już nic nie wiedziała. W głowie czuła zupełną pustkę. Znikło wszystko, tylko z oddala poprzez mętny zmrok dotykała jej nieubłagana, nieprzerwanie idąca swoim tonem rzeczywistość, liczyła każdą ubiegającą chwilę i oznajmiała spokojnie, że trzeba będzie zacząć chcieć, zacząć działać? Kiedy? Lada moment... Tego już nie rozumiała.

W głowie znowu jękliwe dzwonienie. Lekkość, rześkość w całym ciele, które staje się, jak sprawna maszyna. Pcha ją i rozpiera czyjaś obca siła, podnosi ja nad ziemię. W duszy martwy bezwład, ponury, grobowy smutek. Tęgie są proszki doktora, nigdy nie czuła takiej siły i nigdy nie czuła się tak niezdolną do myślenia, do rozważania.

Gdzieś w innym świecie, poza wszystkim, co się działo wokoło, zaczynały się dalekie, ledwo dosłyszalne szmery, szepty. Zbliżał się szum jakby nadchodzącej ulewy. Tu przychodziło zwiastowanie tego, co się stać musiało. Już idzie okropna chwila, Kama z rozpaczą szukała w sobie woli, chęci. Rozpierzchły się wszystkie władze duszy, przed oczami tkwił, jak okrutne urągowisko, ruchomy obraz: tacza się pijak po drodze, napastowany przez psy, poniewierany przez ludzi. Przygnębiał pusty śmiech zgromadzonej gawiedzi, wybuchający co chwila. Raziła uszy skoczna melodia.

Nagle zabłysły na nowo światła, Kama gwałtownie odwróciła się ku drzwiom wchodowym. Potok publiczności tłoczył się we drzwiach. Muzyka uderzyła marsza. Panie, sprzedające po kramach, zaczęły nakładać okrycia. Bazar był skończony.

Na dworze padał deszcz. Długo musiała czekać, zanim zajechała jej kareta. Błędnym wzrokiem rozglądała się po tłumie, szukając nie wiadomo czego. Nie rozumiała nic. Wiedziała jedno, że żyje, że będzie żyła jutro i może jeszcze przez długie lata. To ją przerażało i wydawało się niepodobieństwem. Nie mogła tego ogarnąć żadną miarą. Mokre parasole, błoto, zgiełk zajeżdżających powozów, zwyczajność tego wszystkiego przygnębiała ją, jak potworny, męczący, a nie dający się ogarnąć sen.