— Czemu zagrali teraz to, co u nas w domu, kiedy byłam całkiem mała... To coś z Mozarta...

Umysł zapadał jakby w drzemanie. Śnił jej się tłum, muzyka, jaskrawe światła, od których bolały oczy. Już gdzieś kiedyś widziała to samo, gdzieś kiedyś śniła się jej ubrana dywanami altana, w której siedziały trzy wystrojone panie. Błogością i szczęściem zdjęło ją odkrycie, że to sen i w tejże chwili ocknęła się. Zdjęła ją zgroza. Jak długo trwało jej osłupienie? Czy już nie przepadło wszystko? Gwałtownie odwróciła się ku wyjściu — szukała wszędzie rozszerzonymi ze strachu oczami. Czy nie za późno? Ach, co za szczęście!

Człowiek w liberii, nakazujące oczy, cichy, spokojny głos:

— Oglądaj. Kupuj, kupuj ciągle, nie myśl — kupuj, rozmawiaj z paniami, nie myśl...

W uszach szum i daleki jęk.

Poczuła władzę nad sobą, lekkość i siłę w poruszeniach.

Cokolwiek miało nastąpić, było to logiczne, jasne i do głębi zrozumiałe. Cokolwiek miała dokonać, było to dobre, pożądane, łatwe. Uśmiechnęła się do swojego szczęścia. Przez dalekie, rytmiczne jęczenie, którego miała pełną głowę, słyszała jednak wyraźnie, co mówiły do niej rozbawione, sprzedające panie i słyszała swój własny odziwniały głos, swój śmiech i swoje puste słowa. Potem, mijając wielkie drzwi głównego wejścia, spokojnym okiem zajrzała w głąb szerokich schodów, którymi miało wejść jej przeznaczenie.

Nigdy nie czuła takiej rześkości, wesela i siły. Przestał jej dolegać ciężar pocisku, który wisiał pod żakietem u paska na płaskim stalowym haku. Nie czuła żadnego wysiłku przy poruszaniu się z miejsca na miejsce. Płynęła, jak gdyby ponad ziemią. Już zapomniała o swoich dręczących, niepodobnych do rozwikłania myślach. Napadła ją pustota, lekceważenie wszystkiego i szczera potrzeba wesołości.

Zewsząd zastępowały jej drogę pokusy. To kupić wielki pleciony fotel i patrzeć, jak ten potężny i złowrogi Leon, jako posłuszny lokaj, będzie musiał nieść go przez całą salę. To ukryć się gdzieś między labiryntem sklepów, zaszyć się w tłum, zginąć, uciec i śmiać się w duchu z ponurych spojrzeń Leona. Mimo woli głośno roześmiała się, może za głośno, ale nigdy nie widziała tak prześmiesznej zabawki: stoi pajac na rozkraczonych nogach, z parasolem w ręku, kiwa się na wszystkie strony, niezgrabnie, sztywno robi kilka kroków i pada niespodziewanie szybko. Jakże wesoło...

— Napij się wody! Zaraz napij się wody sodowej! Natychmiast...