— Nic wam do tego.
— Puśćcie mnie! Niech stanie, ja wysiadam!
— Nie.
— Człowieku — nie, nie człowieku! Nadczłowieku, siepaczu, naczelniku, pogromco!... Zrozumcież, o co mi idzie! Ja nie mogę żyć! Ani godziny dłużej. Ja chcę dziś zrobić moją robotę. Ja wiem, gdzie i jak. To będzie dobra rzecz. Niech nie ginę bez zasługi. Dowiecie się jutro i sami powiecie, że dobrze było zrobione! A jutro o tej porze będzie ze mnie szmata, a nie człowiek, nędzarka. Ja nie chcę! Powiedziałam, że mnie starczy na jeden raz. Chcę dotrzymać słowa. Żegnajcie!
Leon oderwał jej ręce od klamki drzwiczek. Mocno, jak w obcęgach, trzymał jej dłonie w jednej ręce, a drugą szukał pod żakietem. Szarpnął, oderwał jeden guzik, odczepił pocisk od paska i puścił jej ręce. Kama chwyciła za puszkę, ujęła mocno i ciągnęła ku sobie. W tejże chwili dostała potężny cios pięścią po ręce. Ramię jej zmartwiało, puściła. Leon schował pocisk do kieszeni paltota. Jechali w milczeniu.
Kama nie poznawała ulic. Napadły ją obłąkane myśli. Na razie stało się, jak gdyby zapomniała o wszystkim, co było. Nie wiedziała, ani kim jest, ani gdzie jest. Pamiętała, że ją ktoś boleśnie uderzył. Kto? Za co? Czuła się winną. Co ja zrobiłam? Pytała, jak dziecko, które płacze, bo mu się przyśniło, że je obito. Jakiś tuman zgęszczał się koło niej, przyćmiewając wszystko, wszystko czyniąc możliwym i nieprawdopodobnym. Czuła tuż przy sobie obecność kogoś strasznego. To jakiś człowiek, którego się boi, przed którym truchleje, jak pies przed zagniewanym panem. W głowie huczało ciągle, a miejsca, którymi jechali, stawały się coraz bardziej fantastyczne. Otwierały się jakieś niezmierzone przestrzenie, morza świateł, morza ciemności...
Wreszcie oprzytomniała.
— Boże, Boże, i cóż się ze mną stanie? — westchnęła, nie zauważając, że mówi głośno.
— Odpoczniecie przez tydzień, wypłaczecie się, wyśpicie, nawyrzekacie, a za tydzień, we środę o 12-ej w południe, spotkamy się na Instytutowej. Będziemy planowali dalej. Musi się udać. Obmyślimy jakiś diabelski figiel. Ten łotr musi wyjechać. Ja go zmuszę! Wykurzę go z zamku, ale tego nie dosyć, musi przyjść tam, gdzie ja na niego będę czekał...
— I ja!...