— Wy?... Towarzyszko Kamo, wy będziecie nam pomagali, będziemy układali rzecz razem, ale w ostatniej decydującej chwili was tam nie będzie.

— Będę!

— Nie. Powiedzieliście mi tu przed chwilą kilka słówek, które zapamiętałem...

— Nie wolno takich rzeczy pamiętać! To było może głupstwo...

— Nie. To była prawda. Są ludzie, którzy scalają się na jeden raz i wy chyba jesteście właśnie taka. Mówiliście mi to nieraz, ale ja nie wierzę w gadanie. Wierzę w to, co jest. Teraz dopiero wiem. Jesteście zatracona dziewczyna. Chcecie pięknie zginąć. Nie potraficie żyć do ostatniej chwili. Za wcześnie umieracie, towarzyszko. Na tym bazarze chodziliście jakby po polach elizejskich już na tamtym świecie. Nie potraficie do ostatka żyć intensywnie i trzymać w pogotowiu wszystkie władze duszy. Prawdziwy bojownik żyje jednakowo przytomnie aż do ostatniej sekundy, kiedy go rozerwie bomba. A jak go schwycą za ręce i prowadzą... Cóż wy, Kamo, czynilibyście, gdyby was tak dopadli szpicle na tym kiermaszu? Powiedzcie?

— Wy byście mnie odbili. Tam musieli być jacyś nasi ludzie, o których raczyliście mi nie powiedzieć.

— Mylicie się. Nikogo nie było, prócz nas dwojga, ale nie o to chodzi. Ja bym was nie odbijał. Co dalej?...

— Upuściłabym bombę i rozerwałoby i mnie, i szpiclów! Oto co!

— I kilkadziesiąt niewinnych osób. Ślicznie! Walka bojowa z publicznością kiermaszową. My po to egzystujemy! Zdaliście egzamin. Teraz dowiedliście sami sobie, że nie nadajecie się do pewnych robót. Dosyć.

— Nieprawda. Zupełnie inaczej postąpiłabym. Ja mówiłam ironicznie...