— Być może. Ale ja polegam nie tylko na tym, co i jak mówicie. Ja wiem, że właśnie postąpilibyście tak, a nie inaczej. A wiem to dopiero teraz.

— To jest wpieranie. To jest szpiclowanie cudzej duszy. Niegodziwość!

— Owszem. Takie właśnie szpiclowanie jest moim obowiązkiem. Ja jestem szpicel rewolucji i jej kat.

— Szpiclujcie wroga — nie wolno wam katować swoich.

— Ja wiem, co mi wolno.

— Włazicie mi w duszę.

— Z butami — tak się to mówi. Nie jestem grzeczny, słodki. Ja zbyt szanuję ludzi...

Leon urwał. Deszcz siekł w szyby. Na placu Aleksandra otoczył ich oddział kłusujących huzarów. Przez kilka minut jechali, zagarnięci przez chmarę jeźdźców. Już daleko w ciemnych Alejach Leon roześmiał się dziwnie.

— Bo ja szanuję człowieka. I was niezmiernie szanuję. Dlatego mówię, co myślę i jak trzeba. Leon — drewniany człowiek, Leon — maszyna. Ej, towarzyszko...

Kama ze zdumieniem słuchała. Nigdy Leon nie mówił takich rzeczy. Głos mu się zmienił, drgał i zarywał się ze wzruszenia. Już czuła w oczach łzy. Poznała niezmierny ciężar, jaki dźwigał w duszy ten zimny, nieczuły człowiek, który wyprawiał ludzi na śmierć spokojnie, pedantycznie.