Szarpany przez brata Fryc oprzytomniał i wyznał, szczękając zębami, że tam u niego na górze pod łóżkiem leży „paczka”, zostawiona przez jednego faceta, że po tę paczkę mieli dzisiaj przyjść, ale nie przyszli, że wobec tego knajpę skonfiskują, a ich obu powieszą.

— Co za paczka?

— Nie pytaj się, Moryc...

Młodszy brat stracił zupełnie głową.

— Mów, co tam jest, ty gruba świnio!...

— Nie irytuj się, Moryc... O, już idą!... — wrzasnął Fryc, usłyszawszy głuchy, ciężki tupot licznych kroków na ulicy, i jak wariat wypadł ze sklepu, a Moryc, klnąc i złorzecząc, wdrapywał się po ciemnych schodach na górkę. Szybko zapalił świecę i szukał. Pod łóżkiem na ziemi między pantoflami Fryca, a niecką z kiszkami, przyniesionymi wieczorem przez rzeźnika, stało piękne pudełko z jasnej skóry z długim rzemykiem. Ponieważ pod łóżkiem nie było nic więcej prócz śmieci, Moryc porwał za pudełko, ale, zważywszy jego ciężar, zbladł, a wielkie uszy napłynęły mu krwią i zaczęły go palić. Już przeczuwał coś strasznego.

Tymczasem po schodkach już się łomotali sołdaci. Moryc szybko rozgarnął kiszki, wsadził pudełko na samo dno, przykrył i, porwawszy nieckę oburącz, dźwignął ją. W progu spotkał policję.

— Co to, panie Jerke, do wszystkich diabłów — krzyczał rewirowy. — Nikogo w sklepie! Gdzie brat? Gdzie goście? No... no... Co to pan tam masz?

Bluthwürstchen22 — Herr Naczelnik, świeże, jeszcze gorące. Piwka zaraz utoczę. Właśnie nabiłem świeży antałek.

— Pilnuj no się pan. Oficer jest na dole. Trzymaj się pan, bo za byle co wali po mordzie.