W restauracji było pełno żołnierzy. Jeden pił wprost z butelki, inny jadł coś żarłocznie, biorąc z lady.

Moryc postawił nieckę z kiszkami na stole i badał sytuację. Oficer stał na ulicy i wymyślał komuś ostatnimi słowy. Kogoś tam poniewierali sołdaci. Po lamentującym głosie poznał brata i wyleciał na ulicę.

— Kto ty? Po coś uciekał?

— To jest mój brat, panie pułkowniku, on nie uciekał, on łapał gościa, co nie zapłacił i uciekał. To nie on uciekał, to gość uciekał, a on gonił!

— Wy jego brat?

Przez chwilą oficer przyglądał się bacznie obu postaciom i wreszcie roześmiał się, splunął, jeszcze raz spojrzał i zaklął z ukontentowaniem.

— No... no...

— Powiadajcie zaraz, gdzie bomby? Gdzie rewolwery? Bo wam cały „kabak”23 przewrócą do góry nogami!

Moryc zaczął błaznować, chcąc jeszcze rozśmieszyć oficera. Wystawiał na pokaz swoją krzywą nogą, przysięgał się na swoje uszy, ale dostrzegłszy przez okno, jak sołdaci wybierają z niecki kiszki, zawrzasnął z zupełnie niepodrabianą rozpaczą.

— Co to?