— Panie naczelniku — moje kiszki! Wszystko mi pozjadają! Jakaż to jest rewizja?

Oficer krzyknął na sołdatów, zabrał ich ze sobą i skończyło się na strachu.

Ponieważ wiadomo było, że już tego dnia nikt się u nich nie pokaże, bracia zamknęli sklep. Nic nie mówił Moryc i milczał Fryc. Ale jak tylko znaleźli się na górze, mały Moryc rzucił się na brata i zaczął go łomotać po tłustych pyskach, podskakując ku niemu za każdym razem. Brat schylił się pokornie, żeby mu ułatwić tę operację i jęczał z cicha.

Do późnej nocy wymyślał Moryc bratu.

Jak śmiał przyjąć do domu choć na jedną minutę taką straszną rzecz? Jak on się ważył narażać na zgubę zakład, który ich fater stworzył swoją siedemdziesięcioletnią pracą? Ot, do czego go doprowadziła PPS Potem wymyślał mu za to, że jest obrzydliwym tchórzem, który ucieka w największym niebezpieczeństwie i zostawia na pastwę rodzonego brata. Potem kazał mu zabrać bombę i zanieść, gdzie mu się podoba, bo on takiego świństwa w domu nie zniesie. Potem znowu porwał się na niego z pięściami, kopał go krzywą nogą... Na zakończenie cisnął mu w samo czoło butem, który ściągnął właśnie, układając się do snu, i zaczął mówić pacierz.

Vater unser, der Du bist im Himmel...24

Skończywszy modlitwy, odezwał się do brata ciepłym, łagodnym głosem.

— Fryc, co ty nic nie mówisz? Może ciebie co boli? Bardzo cię sprali sołdaty?

Fryc płakał. Załzawionym, smutnym okiem spojrzał na brata. Drugie oko przez łzy patrzało na bombę, stojącą na stole i przywiązaną dla bezpieczeństwa za rzemyk do kółka, wbitego w ścianę.

— Fryc, przynieś z dołu dwie butelki piwa, z tych, co dla rewirowego. Napijemy się, Fryc! Fryc, bracie rodzony, ja się już nie gniewam.