— Co ty chcesz?

— To moja rzecz.

W godzinę potem Fryc schodził po raz trzeci, ale kiedy był na dole, straszne łomotanie do drzwi wytrąciło mu z ręki świecę. W jednej chwili znalazł się z powrotem i nieprzytomnym okiem spojrzał na brata — drugie patrzało na bombę.

— Rewizja!

— Może jakie pijaki...

— Od razu łupią na całego... to policja!

— Idź, Fryc, i otwieraj i nic się nie bój. Zapal zaraz gaz, bo sołdaty wszystko rozkradną.

Kiedy Fryc drżącemi rękami odsuwał rygle, bito już we wszystkie okiennice, aż się cały drewniak zatrząsł.

Zaledwie się otworzyły drzwi, cała salka bufetowa zapełniła się ludźmi. Było ich ze dwudziestu drabów. Fryc zauważył brauningi i okute łódzkie lagi, ale nie mógł znaleźć ani jednej znajomej twarzy. Spostrzegł jednak od razu, że to nie bandyci.

— Co to? Co to? — Hola, towarzysze! Na co robić taki hałas...