Zahuczały, zaklekotały maszyny, kręcą się duże koła, małe koła, latają bez końca rzemienne pasy, ciągną się bez końca cienkie nici, wywłóczą się, skręcają się, omotują duszę, jak ten pająk piszczącą muchę. Idzie, idzie bez końca ten dzień roboczy... Nie daje maszyna spocząć, nie daje odetchnąć. Ani oka spuścić, ani pleców rozprostować, ani ręki odjąć od roboty. Ejże, patrz, ejże, pilnuj się!...

I znikło wszystko, co jeno może być. Tylko pełen świat tego huku i klekotania, tylko cienka nić dobywa się wciąż z przędzy ogromnej, jak chmura, i szybko mknie, leci, ginie gdzieś, a wysilona myśl baczy tylko, żeby nie urwała się nić...

Siedzi stara Cywikowa późno w noc i kiwa się w oknie. Utonęła bezmyślnymi oczami w blasku, bijącym od fabryki, a sprawne, jak maszyna, stare, spracowane palce chwytają przebiegające nici, regulują bieg maszyny. Resztka człowieczego rozumu spala się w niej na tej ostatniej trosce, żeby aby cało wypadła, żeby się nie zerwała ta jej zaklęta nić.

Kiedy odszedł Stasiek? Było to już tak dawno, że nie pamiętała. Może rok temu? Może dwa? Powtarza jej coś uporczywie, że to było dziś, wieczorem. Niech i tak będzie. Zawsze zostanie ta sama dawność, ta sama przepaść.

Kiedyż to poszedł Stasiek? A jakiż to on, ten Stasiek? Czyjże on jest? Cywikowa siedzi już tyle godzin i nie pomyślała ani razu o tym. Jakoś nie mogła. Gdzieś się okropnie zapodział ten syn rodzony. Najprędzej nie było go nigdy. Co było? Różne rzeczy.

Rozgląda się dzikie wiejskie dziecko po ogromnym mieście. Zamąciło się w głowie dziecku, kiedy szło od rogatek za ojcem i za matką. Ostrożnie wyglądało spod ziemi z suteryny w podwórze, gdzie harcują miejskie dzieci. W domu głód. Tata szuka roboty i co dzień wraca bez niczego, co dzień wraca pijany, choruje matka z tego zmartwienia. Naokoło wszyscy obcy, źli, nieużyci, a domy takie ogromne, a miasto takie ogromne, a tyle ludzi, aż za dużo. Bała się mała wszystkiego, a najbardziej strasznych, dymiących kominów, które sterczały wszędzie, gdzie było spojrzeć, i podpierały niebo. Przerażały ją swoim ogromem i tą cudownością, że się nie przewracały, i dymem, i krwawą, czerwoną barwą. Kiedy na nie patrzyła, przypominały jej się najstraszniejsze miejsca z bajek o złych duchach i to, co o piekle opowiadał ksiądz proboszcz dla zastraszenia grzesznych ludzi wiejskich.

Potem służby po ludziach ubogich, ciemięzcach i katach. Złe majstrowe, wiecznie rozżarte, dzieci paskudne i dokuczliwe. Kulawy szewc, obarczony dzieciskami, człek okrutny i pijak. Bała go się, jak ognia. Jak kazał, zrobiła. Ile razy rozkazał — robiła, nie był jednak dla niej przez to lepszy. Bił, jak bijał. A miała wówczas dwanaście lat. Umarła matka, uciekł gdzieś we światy ojciec, została sama, bojąc się wszystkich, słuchając każdego.

Ej, ta nić, ta nić... Wartko idzie maszyna, aż wiatr bije od rozpędzonych kół. Snuje się nić, przewleka się przez czółenka, nawija się na szpule, narasta, grubieją wałki raz wraz, raz wraz, nie nastarczysz, człowieku, choćbyś się rozerwał we dwoje. Nie wyczerpie się nigdy tajemnicza przędza, a wyczerpie się siła ludzka. Kiedyż zawyje gwizdek, kiedyż oczy udręczone będzie można oderwać od warsztatu? Troi się w oczach, opada głowa, mdleją palce. Chwytaj nić! Pilnuj się! Staraj się! Trzymaj się! Pan majster patrzy.

Patrzy na nią pan majster. Popatrzył jeszcze i kiwnął. Poszła. Któż się kiedy oparł majstrowi? Był to gruby, mocny Niemiec. Zazdrościły jej inne, a ona się tylko bała, jak zawsze.

Puszcza starowina ręce, chwyta palcami, poprawia, reguluje, przykręca, pogląda bystro tam, gdzie biegnie cienka nić, uważa, byleby nie zerwać, byleby nie zepsuć. Czepiła się czegoś i jeszcze się czegoś trzyma w obłąkaniu. Trzyma się za tę cienką nić. Może się jej urwie lada chwila i stara zamrze na miejscu przy tej swojej robocie. Może utrzyma w sprawności swój warsztat i będzie tak przędła jeszcze przez długie lata, w szpitalu fabrycznym, w przytułku dla obłąkanych, w areszcie miejskim i wszędzie, gdzie nią los rzuci, właśnie jak przystało czynić obłąkanemu człowiekowi w tym bawełnianym królestwie, w tym mieście Łodzi.