W jednym z niezliczonych ciemnych okien koszar robotniczych na Widzewie siedziała stara Cywikowa i bezmyślnie patrzyła przed siebie. Tuż przed nią od czteropiętrowego frontu przędzalni biło morze blasku i głucho huczały maszyny. Nocna zmiana. Było już koło północy. Stara siedziała nieruchomie, tak, jak była usiadła przed pięciu godzinami. W izbie było prawie widno od odblasku. Białe, przenikliwe światło elektryczne od strony okna oblewało zgarbioną postać, podkreślało ostrymi cieniami każdą zmarszczkę i rysę na pooranej twarzy. Twarz ta nie żyła i nie myślała. Oczy zdawały się bacznie wpatrywać w jedno z okien przędzalni i czatować na kogoś wśród czarnych ludzi, snujących się po którymś piętrze.

Ale stara nie patrzyła na nic i nie widziała nic, ani ludzi, ani budowli, zagradzającej przed nią cały świat, ani przeraźliwego blasku świateł elektrycznych. Już od dawna zamarły w niej i wzrok, i słuch, i wszelkie ludzkie czucie.

Na zmordowany mózg spadł jak gdyby ciężki sen. Ciężko, niezgrabnie, skrzypiąco przewalały się po głowie odłamy jakichś nadzwyczajności, niebywałych nawet we śnie. Przeciągał jej ktoś przez głowę jakby szorstkie powrozy, ciężkimi ciosami młota wbijano klin w coś niezmiernie twardego, tkwiącego w jej głowie. Nie było w tym żadnego bólu. Coś się w głowie wciąż zaczynało i urywało. Zbierało się na płacz, ale łzy nie przychodziły. Coś się takiego stało — nie wiadomo co? Nie było w niej żadnej ciekawości. Wiele różności działo się w niej ustawicznie, ale już nic nie dziwiło.

Nie dziwiło jej i to, że stała się małym dzieckiem, że otoczyły ją płaskie, rozległe pola. Pasie, jak wówczas, Łaciatą. Krowa targa ją za postronek i uparcie ciągnie się z przydrożnego rowu ku polu, gdzie w przepysznej, ciemnej zieleni stoi dorodna dworska koniczyna. Dziewczynina szarpie się z bydlęciem, krzyczy, płacze, wali patykiem po gnatach i boi się straszliwie, że lada chwila nadejdzie dworski polowy31, straszny Jędrzej, ze swoją sękatą lagą, ze swoim grubym głosem. Już ją raz sprał, już raz jej zajął krowę, a w domu ją zbili trzy razy tyle. To pamięta i truchleje ze strachu. Cała zaprzątnięta krową, nie może ani spojrzeć ani na gościniec, gdzie przechodzą i przejeżdżają ludzie ciekawi jacyś, nietutejsi, nadzwyczajni, co to nie siedzą w miejscu, tylko niewiadki32 skąd i po co wciąż po świecie ganiają. Tylko bije od nich gęsty kurz, co włazi w oczy i zakrywa wszystko i zasypuje, jak popiołem, twardą łykowatą trawę w rowie. Woła dziewczynina z całej siły: Łaciato! Łaciato, a bodajeś ty zdechła! A bodajżeś ty raz skisła!

Cichym szeptem wybiegają te słowa na usta starowiny. Piecze słońce. W oczach i w gardle pełno kurzu. Już nie ma sił — raz i drugi Łaciata, nie zważając na żadne bicie, zagarnęła chciwym pyskiem po dworskiej koniczynie. Lada chwila nadejdzie Jędrzej, wylezie skądściś, jak spod ziemi, i stanie nad nią nagle z kijem, z krzykiem, zabierze krowę, pogoni do dworu...

Gdzież się ona nieszczęśliwa podzieje? Jej dziecinne, okropne nieszczęście jest tym okropniejsze, że w pamięci tkwi ciężar długich, dręczących lat czyjegoś starego życia, pełnego nędzy, bólu, poniewierki i straszliwego przepracowania. Już raz były te wszystkie nieszczęścia, przeżyły się, zabrały ze sobą wszystkie siły i wszystką krew, i wszystkie łzy. A teraz ma się to wszystko jeszcze raz powtórzyć. Taki jest los, taka jest wola boska.

Kara boska, kara boska... Za co, sprawiedliwy Boże, karzesz dziecko nierozumne, za co je bijesz tak niemiłosiernie, srogi ojcze? Czemu ludzie wokoło źli, wściekli, nędzni?... Taki jest świat, taki już jest ten świat! Nie ma rady, na to żadnej nie ma rady, cierp, człowieku, a znoś. Umrzesz — będziesz wypoczywał na wieki pod tą świętą ziemią.

Wali z góry młot, wali raz po razu. Klin wciska się powolutku, rozpycha niezmierną jakąś twardziznę. Trzeszczy, zmaga się coś w głowie. Za chwilę rozłupie się na dwie strony to główne, najtwardsze nierozumienie i coś przecie człowiek będzie nareszcie wiedział...

Wodziły starą po świecie, po jakichściś33 odmętach czyjeś cudze myśli. Ktoś jej nakazuje, ktoś jej wzbrania. Ktoś z niej kpi dobrodusznie, jak bogaty z biednego, ktoś się nad nią użala, jak ten anioł z nieba. Dotknie się do jej głowy dobra ręka, powie anioł stróż: chodź, duszo, z tej grzesznej ziemi, chodź, duszo, do nieba, na wiekuisty odpoczynek. Ej, jeszcze nie. Obstąpiły wkoło diabły, szydzą, klną, pomstują niezgorzej od ludzi. Jeszcze ci nie fajerant — jeszcze ci sporo godzin, zgarb się, trzymaj się, a przygarnij się do tej maszyny...