— Przecie my was, ludzie, nie znamy!
— Ale my siebie znamy.
Bracia opierali się tylko dla przyzwoitości, bo poznali, że ludzie są partyjni, przy tym obadwaj radzi byli się pozbyć z domu fatalnego depozytu.
Wreszcie Moryc uroczyście zaprowadził na górę dwu towarzyszy, zalecając jak najwięcej ostrożności, i pozwolił zabrać pocisk. Sprawa jednak nie zaraz się skończyła. Moryc, powołując się na lojalne załatwienie sprawy, zażądał „satysfakcji”. To jest:
— Honor za honor. Przechowaliśmy rzecz uczciwie. Przetrzymaliśmy „obysk28”, bicie, strach i rabunek sołdacki. Samych kiszek zeżarli przy rewizji za trzy ruble, nie mówiąc o wódce. Za wasze obelgi też kwita. Ale do was, do Gajerów przeniosło się zeszłego roku dwu naszych drajerowskich weberów29, którzy są w Polskiej Partii Socjalistycznej i którzy są mi winni razem osiem rubli kopiejek osiemdziesiąt pięć. Obadwaj są śrubowniki: Maciej Kałka i Albin Miler, u mnie w książce uczciwie zapisani. Inny, mający w ręku taką rzecz i będąc pokrzywdzony, trzymałby ją w zastawie i powiedziałby: zapłaćcie i dopiero zabierajcie. Ale my z honorem. Wy macie w ręku wasze, ale zakład jest pokrzywdzony. Wy, jako świadomi towarzysze, musicie dać poręczenie i tych waszych kolegów nakłonić. Jak to przyobiecacie, to będzie grzecznie. A jak mi tej soboty po fercentagu30 przyniesiecie moje pieniądze, to ja, choć esdek, pierwszy powiem, że PPS porządna partia. Mój brat Fryc, który jest wasz, może swoją część darować. To jemu wolno. Ale moja połowa w każdym razie mi się należy i tyle sądzę o waszej partii, że takiej hańby w takiej honorowej sprawie nie ścierpi.
Robociarze poręczyli, obiecali i Moryc, znający swój świat łódzki, był pewien, że w sobotą otrzyma przynajmniej swoją połowę.
Już było koło piątej rano, kiedy napastnicy, uczciwie zapłaciwszy i grzecznie się pożegnawszy, poszli sobie, unosząc odzyskaną partyjną własność. Fryc był zachwycony.
— Moryc, żebyś ty naprawdę wstąpił do partii — tobyś był na pewno w centralnym łódzkim komitecie.
— Partia, jak partia. To jest niepewny interes. Ale, Fryc, bracie rodzony, żeby nie moja gęba, nie moje uszy, żeby nie moja krzywa noga, to bracia Jerke już by dużo znaczyli w tym mieście Łodzi. Teraz mówią „Szajblery”, a mogliby mówić „Bracia Jerke”. Ja bym robił, a ty byś przy mnie korzystał.
— Tak by było, jak mówisz, Moryc — westchnął melancholijnie młodszy brat, patrząc ze współczuciem na pokraczną postać. Sam bowiem uważał się za przystojnego mężczyznę.