— Czasami sobie o tym człeku rozmyślam. Co to była za figura!... W nim była pewna wielkość...
— Wariat.
— Zwariował, bo mu kazali przez całe życie poprawiać ekstemporalia. Opowiadał nam wspaniałe rzeczy, ale nikt nie słuchał, tylko z niego błaznowali.
— A mścił się, jak obłąkany, dwójami i pałami.
— Belfer zadręcza uczniaków, a ci jego. Tak to nas uczyli.
— No, teraz...
— Widzisz — zaczął Szablon — te nowe polskie szkoły... — ale urwał, żeby nie zabrnąć.
Rozmawiali niby swobodnie, ale w samej rzeczy pilnowali się okropnie i czuli, że lada moment zjadą na tematy drażliwe. Wszędzie było pełno tych drażliwości i omijanie ich było prawdziwie fatygujące. Ciążył im nade wszystko ów pierwszy, najgłupszy moment. O takich rzeczach można nie mówić, ale niepodobna zapomnieć. Każdy z nich miał niezmierną ochotę pogadać szczerze. Kiedyś lubili się bardzo i lubili się teraz. Chciało im się ulżyć duszy, pchała i ciekawość, jak też tam jest „u nich”, jak ten drugi rozumie te sprawy i jak, będąc niezaprzeczenie porządnym człowiekiem, znosi różne „świństwa” — których dzieje są stare i wciąż się odświeżają przez nowe „skandale”, „łajdactwa”, i inne potworności. W tych czasach przeciwnicy znali się prawie wszyscy — poznawali się na wiecach i każdy miał swoją opinię. O Marku mówiono: „pepeesowiec, ale z tych możebniejszych”, a o Szablonie: „zdaje się, że to porządny facet, choć esdek”.
Wreszcie odważył się pierwszy Marek. Przerwawszy rozmowę, po chwili milczenia rozpoczął:
— Powiedzże, Szablon, tylko szczerze, zwyczajnie, czy to słyszana rzecz, żeby ludzie dorośli, starzy przyjaciele, szanujący się nawzajem... Nie, to jest tak bajecznie głupie, że nawet o tym zacząć nie można! Jakeśmy się powitali? Jak my rozmawiamy? Do wszystkich diabłów!