— Poskąpiliście słomy. Mnie to wszystko jedno, ale jest tu jedna sztuka, co lubi miękko. Jedźcie noga za nogą!
Chłopu zaświeciły się oczy.
— Niech towarzysz da mi torbeczkę, ja poniosę na nogach, a wy się wieźcie sami. Niedaleko, dwie mile.
— Lepiej by się gdzie obejrzeć za wiązczyną słomy. Chciałbym z wami pogadać przez drogę. Dawnośmy się nie widzieli.
— Łaska boska, że ja was jeszcze widzę na moje oczy. Był u nas towarzysz Łoś, powiadali, że was w zimie przycapili i że pójdziecie na zgubę. Jużeśmy was odżałowali. Ano, widać, nie była prawda. Bogu dziękować.
— Było trochę prawdy. Wydostałem się jakoś. Co tu u was słychać?
— Cicho. Jeszcze naród ze zimy nie odmarzł. Chodzilim koło strajku na zwiesnę40, ale bibuła, odezwy nie przyszły w czas. Pan z Mogilna, pan z Koźlego i dzierżawca ze Szlamowców sami postąpili, ale w hrabskich dobrach zapowiedzieli we wszystkich folwarkach, że — jak tylko co — won ze służby. Agituje się, żeby we żniwa. To jest czas najlepszy.
— Kto tu u was bywał przez ten czas?
— Przyjechał raz towarzysz Łoś, był jakisi Skwarek, a teraz jest na dwa powiaty nowy, Tomasz.
— Nie słyszałem. Jaki on jest?