I znowu rozciąga się czas, wywleka się, jak ze smoły, dzień za dniem, miesiąc za miesiącem. Oj, dawno, oj, dawno! Wtedy była właśnie robota przy kartoflach, a za jakie sześć tygodni powinny już kopać. Jeno do roku nie dociągnie się czas — urwie się, bo i to czasem bywa. Nawet się całkiem urwał, po sądzie. A wkiedyż był ten sąd?
Cztery dni temu, to znaczy, jak gdyby był na samym początku świata...
— Słuchaj, Wojtek — i powiedzże ty, Wojtek Kiełza, chłopie nieszczęsny — cóż to on jest takiego, ten ludzki czas?... Co ono znaczy, to krótkie życie człowieka?
I cóż to jest ten cały, szeroki świat ze wszystkimi ludźmi, z miastami, ze wsiami, z cudzymi krajami, z rzekami, z górami, z rewolucją, z partiami i z tym socjalizmem, i z tą Polską, i z tym rządem carskim?
Kasi45 to wszystko jest, jak było. A czemu zdaje się człowiekowi, że już nie ma nic, ino ta ciasna celka o bielonych ścianach, a w niej z całego świata tylko jeden człowiek, co sam ze sobą gada, sam wzdycha i sam tego wszystkiego słucha?
Chodzą po korytarzu ziandary46, sołdaty, zajdzie naczelnik, albo jaki jenerał, czy ten doktór. Słychać za oknem gwarę ludzką, śpiewanie sołdackie, trąbienie i bębny — a w rzeczy wydaje się, że to są cienie, a nie ludzie. Wszystko jest, jak w tym spaniu. Dziwno.
Męczył się tym ciągłym dziwowaniem. Wojtek Kiełza męczył się tym myśleniem, z którego już nie mogło być nic na czyj pożytek ani na swoją potrzebę. Czuł w sobie dawną siłę, tylko w głowie na szczęt osłabło. Same oczy się przymykały — ciągło do spania, to i spał.
Wstał rano, wypił te herbacinę, pojadł bułki, pochodził, wypatrzył chwilę i zajrzał przez górne okno, obaczył, co zawsze: jakiś mur bez okien, i zaczynał myśleć. Pomyślał, powzdychał i układał się do spania. Wołali go „na progułkę”47, szedł, wracał i zasypiał. Zjadał obiad i znowu spał.
Po każdym zbudzeniu do myśli przychodziło wciąż to samo: czemu tak jest i co to znaczy?
Albo wspominał, co mu się przyśniło i kalkulował. Raz mu się śniło, że cudze krowy wlazły na jego pole i bobrują, żrą, tratują i kartofle, i koniczynę, i żyto. Dużo krów bez dozoru. Widzi on to, bo stoi za płotem na swoim podwórku. Porwie się, ale mu nogi wrosły w ziemię, ręce przyrosły do boków, nawet krzyknąć nie może, bo go coś zdusiło i trzyma. Tak się męczy i mocuje, aż go pot oblewa, aż łzy płyną z tej okropnej szkody. Stoi koło niego pies Uduś i też to znosi, też stoi i dygoce, i ino popiskuje z wysiłku, bo i jego coś spętało. Tak się dręczą wespół, a krowy tratują i żrą, i coraz ich się robi więcej, jakby się cieliły na poczekaniu...