Innego razu jest na sądzie. Wszyscy gadają, a co, nie rozumie. Gada jego adwokat, pokazują na niego palicami oficery, strażniki, jakieś świadki. Siedzi daleko na sali jego kobita i płacze. Idzie sąd, jak się patrzy. Koło niego siedzi w zagrodzie Satarek, Gruchała, Strychowski kowal, Matyjewicz z niezagojoną jeszcze ręką i ten niewinny Rysiak, dworski gajowy. Wszyscy, jak żywi — idzie wszystko, jak było.

Aż otwiera się w ścianie miejsce, gdzie był carski portret nad sędziami. Robią się jakby drzwi, i w tym miejscu staje sołdat w szynelu bez czapki i bez broni: ma czerwoną dziurę nad lewym okiem i pół gęby upapranej na czerwono, a poniżej przepasania też na szynelu krwawy płat. To znajomy, ten sam, do którego strzelał dwa razy i za drugim razem go położył. Są na sądzie sołdaty, ale jego nie ma, widać zabity. Stoi sołdat, jak na portrecie, nieruchomy.

I cóż się patrzysz? Tyś strzylał i ja strzylał. Moja dobra, żeś nie trafił. Twoja szkoda, żem popadł48. Czego ode mnie chcesz? Chcesz na mnie świadczyć? Gadaj, mnie i tak jedna śmierć.

Ale sołdat nic nie mówi, ino stoi. Czego on chce? pyta się po cichu tuż siedzącego Tatarka. — Kto? Ano patrzcie, ten sołdat na ścianie. Ale na ścianie już jest namalowana wieś kościelna Sierbienice: staw, chałupy, gęsi nad stawem i drzewa po sadach, a na niebie obłoki. Na samym przodku stoi z motyką w rękach Orawiec, naczelnik sierbienickiej bojówki, idzie musi do kartofli.

Albo to Orawiec, albo też jego portret malowany. Dziwy! Portret się rusza. Przyłożył Orawiec dłoń do czoła, jakby od blasku i patrzy na zagrodę, gdzie siedzą jego chłopy. Popatrzył na dół popod siebie — na tych sędziów... Sięgnął za pazuchę, wyjął maszynę, wygibnął się za futrynę, zmierzył nisko pod siebie i strzyla, ino cicho, nie słychać nic.

Trafił w pierwszego tego, co właśnie gadał — oficera, stojącego z boku za swoim stolikiem, potem w tego grubego, co pośrodku za głównym stołem siedział, potem...

Obudził się Wojtek z tej wielkiej radości. Obudził się, posiedział i zmówił pacierz za duszę towarzysza, bo przy nim go ustrzelił na miejscu z karabinka kozak, co strzylał leżący za swoim zabitym koniem i dostępu do siebie nie dawał.

— Oj, spanie, spanie... Niech się to śni, co samo chce, byle nie myśleć, byle się nie trapić.

Było strapienie, bo żal było baby, dzieci, gospodarstwa. Było strapienie, bo wszystko to było za dziwne na ludzką głowę. Lżej by było z towarzyszami, jak to było siedzieli razem bez trzy miesiące. Jeszcze ich raz zobaczy, poprowadzą ich pewnie razem, tak będzie lepiej.

Gryzło i najbardziej to, że tak krótko w tej robocie był, że tak mało zrobił. Żeby on wiedział, że to będzie tak zaraz... Ani jeden strażnik nie ostałby się w całym powiecie.