Na pociechę mu było, że wojował, że się niczego nie bał, że za wszystkich stanął w obronie i że go powieszą jako bojowca, czyli tak, jak tylu dobrych towarzyszy, o których w gazecie partyjnej stało pożałowanie i pochwała w czarnej ramce. Śmierci się nie bał i niczego się nie bał. Tylko go męczyło niezwyczajne myślenie.
Spał sobie dnia czwartego pod sam wieczór. Kiedy się ocknął, było prawie ciemno, bo nie przyniósł jeszcze sołdat lampki. Wydało mu się, że ktoś na stołku siedzi, pali papierosa. Żarzy się w ciemności papieros i oświeca odrobinę czyjąś gębę. Jak we śnie.
Zmacał się Kiełza i czuje, że nie śpi.
— A któż tu jest? — spytał, jeszcze niepewny, czy mu ten odpowie.
— To ja.
— A jaki?
— Tu mnie do was przesadzili na pobyt do jutra. Miejsca nie ma, bo nowych przywieźli.
— A jutro cóż? — spytał Kiełza, a zimno mu przeszło po skórze, bo samemu źle, ale z takim, go go jutro mają tracić, jeszcze straszniej.
— Jutro mnie wypuszczą.
— Patrzajcie!