Ogromnie się czegoś ucieszył Kiełza.

— A z czyjej wy partii? Czyli też was zawadzili niesłusznie?

Zamiast odpowiedzi nieznajomy zaczął gwizdać.

Kiedy przynieśli światło, zobaczył młodego chłopaka lat około dziewiętnastu, w obdartym ubraniu. Włosy miał długie, zapuszczone, a oczy wielkie, jasne, jarzące i patrzące prosto a niewinnie, jak u dużego dziecka. Kiełza nigdy jeszcze nie widział u człowieka takich oczów.

— Wy z miasta, ze wsi?

— Ja ze świata, bywam tu i owdzie.

— Musi was wygnębili dranie niezgorzej, mało na was sadła, chcecie jeść? Mam kiełbasę i syr — jak dadzą herbatę, podjedzcie sobie do woli.

— Dobrze, zjem, dziękuję.

— Gdzieście siedzieli? Bo my, póki byli razem, pukalim na wszystkie strony, mało kogo ze starych nie znam.

— Ja na górze od Wisły.