— A z kim?
— A z tymi, co ich już nie ma. Siedzielim we trzech. Dziś w nocy dwu zabrali i powiesili. To i byli moje towarzysze...
— Pch! — westchnął Kiełza. — To niechybnie z naszej partii, bo innych nie tracą. To my swoi.
— Chyba nie.
— Ja bojowiec z Polskiej Partii. We wtorek mnie sądziły na śmierć.
— To znaczy, że was powieszą jutro w nocy albo pojutrze...
— Tak i ja myślę — odrzekł Kiełza urażony, że chłopaczyna nawet się nie zdziwił i gada, jak o rzeczy zwyczajnej, o cudzej śmierci. I pomyślał sobie: bandyta jest, ino jakiś na bandytę za dziwny. I wymowę ma osobliwą...
— Wyście Polak, bo gadacie jakby niezwyczajni po naszemu?
— Ani Polak, ani żaden inny. Człowiek jestem, a urodziłem się w Warszawie. Potem w Ameryce byłem lat kilka i po innych krajach, gdzie się nie gada po polsku.
— No, no... A w Ameryce dobrze naszym?