Byłem coraz bliżej muru. Nadal nikogo nie widziałem. A jednak Mały Książę znowu odpowiedział na czyjeś słowa:
— Oczywiście. Zobaczysz, gdzie zaczynają się moje ślady na piasku. Poczekaj tam na mnie. Przyjdę dziś w nocy.
Od muru dzieliło mnie dwadzieścia metrów, a jednak nadal nic nie widziałem.
Po chwili milczenia Mały Książę powiedział jeszcze:
— Czy twój jad jest silny? Jesteś pewien, że nie będę długo cierpiał?
Przystanąłem ze ściśniętym sercem, ciągle jeszcze nic z tego nie rozumiejąc.
— Teraz już idź — powiedział. — Chcę zejść!
Wtedy i ja spojrzałem w dół, na podstawę muru, i aż odskoczyłem! W stronę Małego Księcia wyciągał się żółty wąż z gatunku tych, które zabijają w ciągu trzydziestu sekund. Zacząłem biec, szukając w kieszeni rewolweru, ale wąż mnie usłyszał i powoli wtopił się w piasek jak zanikająca struga wody, po czym niespiesznie prześliznął się z metalicznym szelestem między kamieniami.
Znalazłem się pod murem akurat na czas, by złapać w ramiona moje małe książątko, blade jak śnieg.
— Cóż to znowu za historia! Rozmawiasz teraz z wężami?