— Jaką ilość?

Quantum satis... Najpierw niech nam pani da do wody po uncji, a potem zobaczymy. Co Obtiosow? Z początku z wodą, a potem już per se...

Doktór i Obtiosow siadają przy ladzie, zdejmują czapki i zaczynają pić czerwone wino.

— A wino, trzeba wyznać, arcypaskudne. Vinum marnissimum! Zresztą, w obecności... e-e-e... wydaje się nektarem... Pani jest czarująca! Całuję w myśli rączki pani.

— Dużo bym dał za to, by móc to zrobić nie tylko w myśli — mówi Obtiosow. — Słowo honoru! oddałbym życie!

— Dajmy temu spokój... — mówi aptekarzowa, rumieniąc się i przybierając minę serio.

— Jaka jednak z pani kokietka! — śmieje się cicho doktór, patrząc na nią spode łba, z szelmowskim wyrazem twarzy. — Oczęta wciąż strzelają! Pif! Paf! Winszuję: zwyciężyła pani! Jesteśmy pokonani!

Aptekarzowa patrzy na ich rumiane twarze, słucha ich paplania i wkrótce sama się ożywia. Tak jej teraz wesoło! Rozmawia, śmieje się kokietuje i nawet po długich naleganiach wypija ze dwie uncje czerwonego wina.

— Mogliby panowie oficerowie z obozu częściej przychodzić do miasta — mówi. — Tu tak strasznie nudno! Umieram po prostu...

— Rozumie się — oburza się doktór. — Taki specjał... cud natury — i na pustkowiu. Jednak już nam czas. Bardzo nam było przyjemnie poznać panią... bardzo! Wiele jesteśmy winni?