— A potem już go nie widziałeś?
— Nie widziałem — i nie chciałbym go zobaczyć, bo to moja zła wróżba.
Minęło parę miesięcy. Nadeszła wiosna roku następnego; nasze ostatnie posiedzenie domowe. Fulgenty się uspokoił.
Pewnego razu siedzieliśmy we dwóch — było to u mnie — i graliśmy w szachy; Fulgenty grał niefortunnie i dostał mata. Szymon przyniósł herbatę i rozmawialiśmy o różnych sprawach, gdy naraz, spojrzawszy w okno, w przeciwległym domu zobaczyliśmy w mieszkaniu Fulgentego zapaloną świecę.
— Patrz-no, ktoś tam jest u mnie.
Rzeczywiście, jakiś pan czarno ubrany — krążył po jego gabinecie.
— Kto to być może? Trzeba się dowiedzieć.
W kilka chwil potem byliśmy przed bramą domu Trzona. Koło furty stał stróż i ćmił fajkę.
— Wincenty, powiedźcie, kto to zachodził do mnie?