— Proszę bardzo — rzekłam oburzona, bo choć o tym wiedziałam, nie lubiłam tego rodzaju uwag.
Zauważyłam jednak, że w głosie podróżnego było takie wzruszenie, jakby miał dla mnie nadzwyczajne współczucie. Po czym dodał:
— Czy pani zgodziłaby się podnieść welon?
Właściwie nie chciałam tego zrobić, ale w jego żądaniu był jakiś hipnotyzm i nie mogłam mu odmówić; posłusznie welon podniosłam i, pełna żałości w sobie, pozwoliłam mu patrzeć na swoją potworność. On długo — długo przyglądał mi się w milczeniu, a we mnie — rzekłbyś — topniały jakieś odwieczne lody — coś tak kołysało się we mnie, coś tak płakało, śpiewało... on mi rzekł:
— Ale pani mogłaby być bardzo piękna...
Spojrzałam na niego zdziwiona. Serce mi biło jak młotem, oczy zabłysły ogniem. Chciałam się uśmiechnąć, ale się lękałam, że to będzie uśmiech poczwary.
— Oczy ma pani bardzo piękne... Ja widziałem niegdyś te oczy...
Zdumienie moje rosło. Nie znałam go zupełnie. Pierwszy raz oglądałam jego osobę.
— Tak — mówił podróżny — to było bardzo dawno... Czterysta lat temu.
Zrobiło mi się zimno z trwogi. Jakiś obłąkany — jeszcze mnie zabije! A może to i lepiej!