Dziennik z oblężenia Paryża

Po nieszczęśliwych wypadkach w Sedanie1, gdzie cesarz Napoleon III2 wraz z wojskiem zdał się na łaskę zwycięzcy, Prusacy dążyli pod Paryż, grożąc onemu3 oblężeniem i zdobyciem. Paryżanie ufni w swe olbrzymie fortyfikacje, rozciągające się na dziesięć mil francuskich4, uważali pogróżkę za rzecz niepodobną5, więc zabezpieczyli się w żywność ledwie na dni kilka lub kilkanaście. Co do mnie, widząc w wypadkach palec Boży, zgromadziłem żywność z górą6 na cały miesiąc, lecz gdy oblężenie i bombardowanie przedłużyło się do czterech, przez trzy przeto7 miesiące pożywaliśmy8 jak inni końskie, kocie i psie mięso. Za okrasę służyła nam tłustość końska lub łój ze świec przetopionych.

Mięsa końskiego udzielano nam po trzysta gram na cztery osoby i na dni trzy. Tak wielką oszczędność w mięsie dopełnialiśmy chlebem, jakiego w Ryczywole lub w Kluczkowicach nawet na przednówku9 nigdy nie widziano. Z czego ten chleb się składał, najlepiej oświeci urzędowy jego opis w tutejszym dzienniku: „Funt10 tego chleba zawiera w sobie 4/9 mieszaniny z korzonków kartoflanych, z ryżu, soczewicy, grochu gniecionego, z wyki11, owsa i żyta razem zmielonego, 2/8 wody, 1/8 słomy i różnych odpadków, jak plew12, obierzyn13” i tak dalej. Smak tego chleba był gorzko-śmierdząco-kwaskowaty.

Mało jedliśmy psów, kotów i szczurów, gdyż ich cena była za wysoka na naszą kieszeń. Był to przysmak szczególniej dla wielkich panów, bo i oni stali się mniej wybredni, gdy cena wiktuałów14 niesłychanie się podniosła, jak na przykład: funt masła kosztował sześćdziesiąt franków15, funt szynki pięćdziesiąt franków, jajko trzy franki, funt psiego mięsa osiem franków, gęś sto pięćdziesiąt franków, kapłon16 siedemdziesiąt franków, indyk sto dziewięćdziesiąt franków, miarka17 kartofli pięćdziesiąt franków, szczur trzy franki, główka kapusty osiemnaście franków, miarka cebuli osiemdziesiąt franków. Wróble nawet zdrożały, gdy je przedtem po sousie18 sprzedawano, wówczas po franku jednym ledwo się było można dokupić, jak to w drukowanej taryfie napotykamy.

Na nasze szczęście przezorna żona zaopatrzyła piwnicę naszą w beczułkę wina i nieco palonej kawy: te to wiktuały głód nasz łagodziły. Zimno pokonywaliśmy paleniem w piecu zbytnimi19 meblami, gdyż nad naszą możność węgle zwyczajne zdrożały funt do dwunastu franków, zaś ziemnych kosztował funt piętnaście franków20. Inni bez ceremonii szli na bulwar lub skwer, ścinali odwieczne drzewa i jak swoje brali na ogrzanie. Dla nas ten sposób zaopatrzenia się w drzewo nie był łatwy i przyzwoity.

W tak przykrym położeniu, kiedy w naszej portmonetce już nie było jak trzydzieści pięć franków21, przywlokło się do nas dwóch ziomków, niegdyś dumnych i szumnych22, a teraz zgłodniałych i już od półtorej doby niemających żadnego pożywienia! Dawszy im najprzód23 moralną naukę, że nie należało dawniej tak rozrzutnie szafować szampanem i pasztetami... Skracając morał, bo nim długo traktować zgłodniałych byłoby okrucieństwem, zaprosiliśmy ich na obiad tego rodzaju: zamiast sztuki mięsa ugotowaliśmy na rosół porządny kawał koniny, do tego zamiast włoszczyzny wrzuciliśmy trzy kartofle, bo ich więcej nie mieliśmy; na pieczyste24 była połowa kota (ale pod nazwą królika), na deser korniszony z chlebem. Te przysmaki chociaż bez soli, bo już jej nam zabrakło, przecież okraszone winem i kawą bez cukru, wydały się im i nam wybornymi, chociaż nasz rosół był bardzo cienki25, a mięso nie bardzo świeże. Na odchodnym nasi goście, dziękując nam za ucztę, dodali:

— Kocioł garnkowi przymawia, a oba smolą: prawda, że my niegdyś zbytkowali, wy zaś zbytkujecie teraz, dając nam obiad, jaki od dwóch miesięcy nam się nawet nie przyśnił.

Po tym bankiecie, gdy nasza kasa aż do siedmiu franków się zredukowała, poczęło26 nas udręczać przekonanie, że jutro my sami będziemy musieli dzień cały opędzić27 o gorzkim chlebie!... Ufni przecież w Opatrzność Boską nie rozpaczaliśmy, w przekonaniu, że dzieląc się z potrzebniejszymi28, Bóg nam uczynność wynagrodzi i zasłoni od ostateczności. Gdy więc ja żonę, a żona mnie w ten sposób pociesza, przychodzi konsjerż29 i nas uwiadamia30, że przyniesiono dwa pakiety pod naszym adresem... W pierwszym znajdujemy pięćset franków przysłanych nam z Brukseli od naszej Jadwigi; druga zaś paka zawierała pożywne wiktuały: mięso wędzone, salcesony, ryż, cukier i ciasta nawet, przysłane nam z Londynu od pana Hulla, ojca pani Płacheckiej, przez ambasadę. Ta niespodzianka mimowolnie przypomniała nam ów psalm: „Kto się w opiekę poda Panu swemu31...” i tak dalej. Uznaliśmy, że ten śpiew Dawida32 nie był czczym słowem!

Tak pożywienie nasze, chociaż suto na czas niejaki zabezpieczone, przecież całkowicie nas nie uszczęśliwiało, gdy przeklęte bomby jak złowieszcze ptaki uwijały się po Paryżu. Raz, gdy w salonie zatrudniałem33 się układaniem ksiąg w mej ubogiej biblioteczce, wpada bomba w dom stojący naprzeciw mojego, przebija dach, trzecie i drugie piętro pokojów i swym rozpryskiem wybija mi okna i tłucze porcelanę na gerydonie34 rozstawioną!... Mnie przecież te żużle35 ominęły, lecz aby uniknąć podobnego razu36, przeniosłem się do pokoju od dziedzińca, a żona moja zeszła wraz z sąsiadami do piwnicy. Wtem wpada bomba na dziedziniec i zapala stajnię tuż pod mymi oknami!... Dym już począł zaglądać do moich okien... Zbiegam więc na dół i wywoławszy sąsiadów z piwnic, wspólnymi siłami gasimy pożar wodą i piaskiem, które przezorny gospodarz domu wcześnie37 przygotował na wszelki wypadek.

Zawarty pokój niedługo nas uszczęśliwiał, chociaż żywność i produkta38 poczęły wracać do dawniejszej ceny, a Prusacy odsłonili gościńce. Lecz wśród tak pożądanego szczęścia pojawiła się przeklęta Komuna39, gorsza od bomb, głodu i oblężenia... Skład jej był następujący: dwunastu dziennikarzy, bo tu wielu jest gotowych do usług nierządowi, czterech nauczycieli szkółek, wzdychających do rektorstwa, czterech adwokatów bez klienteli, trzech lekarzy bez zatrudnienia, dwóch aptekarczyków40, pięciu malarzy bez talentu, prócz Courbeta41, dwóch architektów, co nigdy nie budowali, dwóch inżynierów, którzy swych nauk jeszcze nie skończyli, sześciu kupczyków42, jeden rzeźbiarz bez sławy i zatrudnienia, dwóch kramarzy, jeden jubiler, jeden rytownik43, jeden drukarz, dwóch introligatorów44, dwóch farbiarzy, sześciu szewców, jeden kapelusznik, pięciu robotników machin, jeden bednarz45, jeden kotlarz, jeden stolarz, jeden rachmistrz46, jeden perfumista, dwóch studentów z tępą głową i trzech właścicieli kawałka ziemi. Prócz tych, jeszcze dziewięciu członków tej osobliwej Komuny, której skład tak różnorodny bez sensu, bez serca i sumienia powziął pretensję47 rządzenia Francją, obalenia religii i narzucenia całemu światu swych fantastycznych urojeń; a na tajemnym posiedzeniu tej obrzydłej Komuny niejaki Blanqui48 z natury i profesji zapamiętały konspirator, zrobił wniosek przyjęty z wielkim oklaskiem49 w tych słowach: „Kto nie chce, żebyśmy go uszczęśliwili, zabijemy go. Nie można zniszczyć własności bez zabicia właściciela, sprawiedliwości bez zabicia sędziów, religii bez zabicia księży. Liczba egzekucji musi dojść dwóch milionów i spełnić się w ciągu dni piętnastu”.