Cywil w Berlinie
Cywil w Berlinie
Pannie Marii Chrzanowskiej — wdzięczny autor
Przyjazd
W Warszawie straszyli. Przyjaciele i znajomi prawie mnie „żegnali”. Zalecano ostrożność. Anglik zamieszkały stale w Berlinie opowiadał rzeczy naprawdę dość straszne. Znam go jako człowieka prawdomównego. Czy wierzyć tym wszystkim dochodzącym nas wiadomościom? Czy w Zbąszyniu przestraszę się na widok zielonego munduru niemieckiego urzędnika celnego? Od dzieciństwa był to dla mnie symbol zagranicy, wyjazdu, czaru podróży.
Ten niemiecki urzędnik kolejowy czy celny, który na pierwszy rzut oka zdawał się nieco szorstki, ba, nawet brutalny, jakże był uczynny i ojcowski w razie zgubienia biletu czy bagażu. Reprezentował on w moich oczach stosunek Niemca w okresie powojennym do zagranicznego turysty. Czyż to wszystko się zmieniło? Czy wrogość spotka mnie już na samym progu Trzeciej Rzeszy? Tak bardzo nie chcę, by to się stało. Tak bardzo chcę zachować moje sympatie dla tej dziwnej zbiorowości (bo dziwną pozostała i za republiki weimarskiej). Tak bardzo chcę odnaleźć wszystkie dodatnie pierwiastki tego z ducha i celów obcego mi przewrotu. Będę szczęśliwy, jeśli mnie choć trochę na swoją wiarę nawrócą. Dla Niemców miałem zawsze wiele poważania (nie analizuję tego określenia) i teraz tak bardzo się boję, czy nie będę zmuszony usunąć spod nich piedestału; czy nie będę zmuszony przyznać racji tym wszystkim, którzy Niemców sądzili według wspomnień z czasów Kulturkampfu i kolonizacji w Wielkopolsce i w Afryce; czy nie będę zmuszony uderzyć w ton bogoojczyźniany. Boję się. A nuż endecy mają rację. Ale głównie boję się dać jeszcze jedną karabelę do rąk naszych licznych zuchów — Wołodyjowskich ze wszystkich obozów; do rąk tych wszystkich młodych, którzy tylko czekają na hasło nienawiści, by stworzyć nasze rodzime Sturmabteilungi1. Boję się, że w mojej najskromniejszej mierze mogę przeszkodzić tej wspaniale godnej, męskiej, imponująco niedemagogicznej polityce zagranicznej, jaką prowadzi obecny rząd polski.
Więc boję się. Jeszcze raz to powtarzam, ale pisać będę prawdę. Choć należę do powojennego pokolenia, jestem staroświeckim liberałem i młodsi oraz nowocześniejsi ode mnie wymawiają mi moje przywiązanie do uczciwej bezstronności. Ja się snobuję na obiektywizm — oni nim gardzą. Twierdzą, że ludzie silni i twórczy nie mogą być obiektywnymi; że nic nie zbudują. Możliwe. Ja w tej chwili nie chcę nic budować. Chciałbym ratować mój śmieszny, liberalny, ginący dzisiaj świat. Ale kto mi w tym pomoże? Moi młodsi rówieśnicy mają kult czynu i ideowego, choćby nawet najbrutalniejszego kłamstwa. Zdaje się, że po obydwu stronach kordonu pod tym względem młodzi są sobie podobni.
Zresztą zobaczymy. Jadę trzecią klasą. W przedziale jedzie młody Żyd, może ma lat piętnaście. Wyjeżdża sam jeden do ojca do Kolumbii. Ma ze sobą dwie walizki, a kufer nadany został wprost do portu kolumbijskiego. Ma też jedną markę niemiecką na wydatki między Warszawą a Amsterdamem, gdzie wsiada na statek.
W Poznaniu do mojego przedziału wsiada dwóch Niemców. Jeden z nich, poznaniak, odbył służbę wojskową polską i wielce ją sobie, a także swoim przygodnym towarzyszom podróży chwali. Drugi to Reichsdeutsche2, podróżujący często po Polsce, a obecnie powracający do Berlina po trzytygodniowej nieobecności. Obaj ci panowie interesują się Żydkiem, który tak daleko ma jechać, a mówi tylko po polsku i żydowsku. Z typowo niemiecką systematycznością dają mu wskazówki na drogę, kłopoczą się, naradzają, a po przyjeździe do Berlina biorą dla niego tragarza, który ma się nim zająć i wsadzić go cztery godziny później do amsterdamskiego pociągu. Reichsdeutsche w dodatku ofiaruje chłopcu jeszcze pięć marek, a ten z rozczulenia całuje Niemca w rękę na peronie Schlesischer Bahnhof i mówi, że już teraz nie boi się podróży, gdy wie, że istnieją tak dobrzy ludzie. Rozpisałem się. Ale czy nie jest to nieoczekiwany wstęp do moich niemieckich „studiów”?
Na granicy ta sama dobroduszna uprzejmość; na dworcach te same co dawniej, pogodnie uśmiechnięte twarze. Między nimi, jak zawsze bywało, pojawia się z rzadka surowa twarz typowego Prusaka; budzi ona raczej śmiech swoim brakiem zmysłu humoru niż przerażenie. Te same brzydkie, ale wysportowane, o cudnych cerach panny, objęte wpół przez dziwacznie-sportowo ubranych chłopców, wyglądających zawsze o wiele młodziej od swych niewiast. A gdzież są objawy hitleryzmu? No tak, jest ich trochę. Szpilka ze swastyką w krawacie kontrolera paszportów, a we Frankfurcie nad Odrą i na przedmieściach Berlina na wszystkich parkanach wykaligrafowane bardzo porządnie, choć kredą, Heil Hitler!, i znowu swastyka. Ale wszystko to już zmazane i tylko widać blade ślady; widocznie sprzykrzyłoby się na co dzień.