A co można wywnioskować z prasy? Zaopatrzyłem się na drogę jeszcze w Warszawie w ostatni numer „Die Neue Weltbuhne”, pismo radykalne, które oczywiście przestało wychodzić w Berlinie i po wydaniu kilku numerów w Wiedniu osiadło obecnie w Pradze. Dziwi mnie treść tego tygodnika. Jest to przeważnie dość sucha i fachowa polemika z zamierzeniami i posunięciami Hitlera, ale nie znajduję tam prawie wzmianek o terrorze i antysemityzmie. Może numer, który czytałem, był w drodze wyjątku wolnym od tych — bądź co bądź — wysoce aktualnych tematów; a może mieli rację moi znajomi, socjaldemokraci niemieccy, którzy mi tłumaczyli później, że jest to tylko taktyka zmierzająca do odzyskania prawa ukazywania się w Niemczech, gdy tylko sytuacja nieco się odpręży. Przed Zbąszyniem mój egzemplarz „Die Neue Weltbuhne”, rzecz prosta, wyleciał przez okno, a polski konduktor uprzejmie poprosił o podarowanie mu polskich pism, gdyż „i tak szanowny pan zapewne nie będzie chciał wziąć ich ze sobą do Niemiec”.
Więc teraz w Niemczech zaopatruję się w berlińską prasę codzienną. Ciekaw jestem, co w niej znajdę. Naturalnie, pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, jest to, że opozycja głosu nie ma, a wszystkie pisma twierdzą, że właściwie opozycja ta wcale nie istnieje; nawet te pisma, które do 5 marca3 były właśnie podporą opozycji.
Na widocznym miejscu drukuje się listę ważniejszych cudzoziemców odwiedzających Berlin. Ma to dowodzić, że jest tu spokojnie i bezpiecznie. Na czele tej listy figuruje wzmianka: „wielki przemysłowiec angielski pan Albert Mond, kuzyn lorda Melchetta, który odgrywa wielką rolę w angielskim przemyśle chemicznym”. Więc i Żydom zagranicznym, zdawałoby się, nic nie grozi.
Znajduję dużo wzmianek o nowych członkach zarządów i rad nadzorczych w bankach i spółkach akcyjnych. Nigdzie nie jest powiedziane, kogo zastąpili. To samo dotyczy licznych nominacji lekarzy na stanowiska ordynariuszy różnych oddziałów szpitali berlińskich. Nasuwa to wiele przypuszczeń. Poprzednik mógł być Żydem, mógł być komunistą, mógł być, o zgrozo, pacyfistą lub socjalistą. A gdzie jest obecnie? Może nie żyje, może jeszcze jeden wypadek „samobójstwa”, może jest za granicą, a może odbywa ćwiczenia wojskowe w więzieniu lub obozie koncentracyjnym dla politycznie nieodpowiednio zorientowanych?
Pisze się o wystawie sztuki kolonialnej, że poza eksponatami jest wiele obrazów „z naszych dawnych kolonii, które to obrazy rozbudzają na nowo pragnienie odebrania tych terytoriów”. O wystawie „Zdrowie, sport i higiena” — że jest to wystawa czysto narodowa. Domyślam się, że firmy żydowskie mało tam wystawiają.
Patrzę na rubrykę teatrów. W Berlinie przecież teatry były zawsze tak wybitnie ciekawe, tak śmiałe w dotykaniu najdrażliwszych tematów i w walce z przesądami. Widzę, że to się skończyło. No i aktorów i reżyserów musi być brak, przecież tylu wśród nich było Żydów. A w dziedzinie muzyki? — szał Wagnera. Dwa teatry operowe przez cały miesiąc będą grały jedynie Wagnera. Może potrwa to i dłużej. Program jest drukowany tylko na miesiąc.
„Deutsche Illustrierte Zeitung” na czterdzieści dwa zdjęcia podaje dwadzieścia dziewięć hitlerowskich, a trzynaście samego wodza. Poza tym na tematy nie-niemieckie cztery zdjęcia, i to przestarzałe i błahe. Później miałem okazję stwierdzić, że bywają numery mniej partyjnie nastawione. Zaraz widać jednak, że w kompletnym opanowaniu przez partię rządzącą prasa Niemiec dzisiejszych nie różni się niczym od prasy sowieckiej, a jest nieporównanie mniej niezależna od włoskiej.
Nareszcie Berlin. Jadąc o siódmej wieczorem przez całą długość miasta, spotkałem pięciu spacerujących hitlerowców w mundurach oraz dwóch członków Stahlhelmu4. Flagi ze swastyką widać wszędzie i kolorystycznie wyglądają świetnie. To może najbardziej udana flaga, jaką znam. Jest dekoracyjna w duchu chińsko-japońskim.
Widzę, że dość dużo ludzi odwiedza, dawniej tak małym pietyzmem otoczony, Grób Nieznanego Żołnierza. A jednakże grób ten jest bez wątpienia najbardziej nastrojowy i architektonicznie udany ze wszystkich, jakie widziałem w Europie.
W hotelu, gdzie się od lat zatrzymuję, witają mnie wprost serdecznie. Nie. Coś tu nie jest w porządku. Zaraz pierwsze wrażenie syntetyczne — jeżeli terror i ksenofobia istnieją, objawy ich muszą być bardzo skryte i podziemne. Pierwsze pytanie portiera, kasjera, windziarza czy fryzjera hotelowego, którzy są wszyscy starymi znajomymi, jest jednobrzmiące: „Co o nas myślą i mówią za granicą?” Pytanie to jest zadane prawie pokornie, a zainteresowanie opinią zagranicy palące i bardzo szczere. Pytanie to zresztą zadawała mi, chyba bez wyjątku, każda nowo spotkana osoba w Berlinie, choćby ta osoba stała u samego źródła informacji, jakim jest na przykład ministerstwo spraw zagranicznych. Pewna obawa, którą można by ująć w słowa: „Może idziemy za daleko?” — istnieje prawie u wszystkich; a u najtrzeźwiejszych dochodzi do tego pytanie: „Czy się nie ośmieszamy?” Moja odpowiedź, że decydująca opinia zagraniczna uważa przewrót w Niemczech za proces, który bynajmniej końca jeszcze nie dobiegł i że żadna krystalizacja stosunków, jak dotąd, jeszcze nie nastąpiła — wywołuje szeroki uśmiech ulgi, prawie że wdzięczności za tę sprawiedliwą ocenę sytuacji.