Po przyjeździe do późnego wieczora staram się nawiązać kontakt ze znajomymi. Rezultaty są dość nikłe: nikogo nie ma w domu. Ciągle myślę z obawą: a nuż nie będą chcieli mnie znać? Strach i patriotyzm często już zwyciężały nawet najlojalniejszą przyjaźń. Szczęśliwy jestem, że mogę tu stwierdzić, że pobyt mój w Berlinie nie usprawiedliwił tych przykrych przypuszczeń. Doznałem od wszystkich przyjaciół i znajomych, bez względu na ich orientację partyjną lub przynależność rasową, równie serdecznego i gościnnego przyjęcia, jak za „wyuzdanych” czasów weimarskich; jak gdyby słowa „międzynarodowy” nie wykreślono z hitlerowskiego słownika; jak gdyby duch Goethego, przeciwko któremu generał Ludendorff5 ma tak wiele osobistych zarzutów i którego obecny „kurs” uważa za podejrzanego kosmopolitę, promieniował jeszcze szlachetnie nawet w sto pierwszym roku swej nieśmiertelności. To prawda, że 10 maja palono książki, ale prawdą też jest, że pomyślałem o Goethem, gdy znajomy mój kelner z kawiarni na Unter den Linden, skąd przyglądałem się pochodowi poprzedzającemu potworne autodafe6, zapytał mnie głosem stłumionym nie ze strachu, ale ze wstydu, czy podobną hańbą okrył się już kiedyś naród cywilizowany.
Dość dygresji. A tak trudno ich uniknąć. Niemcy całe i każdy człowiek uczciwy i myślący przechodzą tam obecnie przesilenie jak w ciężkiej chorobie. Jest i gorączka, i majaczenie, i możliwość najróżniejszych komplikacji, a przede wszystkim niepewność co do końca choroby. Stary lekarz wiejski, mówiąc o jakimś beznadziejnym przypadku, wyrażał się: „A potem zapewne nastąpi to, co my w języku lekarskim nazywamy mors”. Obawa śmierci duchowej jest bez wątpienia jedną z upiornych, choć ufam, że mało prawdopodobnych, możliwości tej choroby. Znam ludzi, dla których obawa duchowego zdziczenia Niemiec i zaprzepaszczenia ich kulturalnej spuścizny jest zmorą spędzającą im sen z powiek.
Zrobiło się późno. Wychodzę z hotelu, by coś przekąsić i zobaczyć przynajmniej, jak wygląda nocne życie odrodzonego duchowo Berlina. Wszak jedynie w Berlinie istniało niesztuczne życie nocne: berlińczyk bawił się, a prowincjonał i cudzoziemiec bardzo mało dodawali ruchu i życia. Jadę do zachodniej, nowoczesnej dzielnicy, gdzie znajduje się większość dobrych restauracji i eleganckich lub zabawnych lokali nocnych i barów. Jakież będzie moje powierzchowne pierwsze wrażenie? Wiem, że więzienia są przepełnione, że wielu ludzi umarło w strasznych mękach i może w tej chwili umiera. Czy zobaczę odbicie tego w wyglądzie rozbawionej zazwyczaj ulicy?
Wszystkie restauracje są otwarte i... puste. Kawiarnie prawie wszystkie są czynne. Jedna czy dwie zamknięte. Właściciel był Żydem. Co, jak — nic nie wiadomo. Dość, że zamknięte. Inne zaś, też stanowiące własność Żydów — otwarte. Ale tylko kilka kawiarni cieszy się dużą frekwencją. Większość świeci pustkami. W jednej z wytworniejszych na Kurfürstendammie, głównej arterii tej dzielnicy, była niedawno obława policyjna, tak zwana Polizeirazzia. Powód nieznany. Dość, że wszystkich zrewidowano, wylegitymowano, nikogo nie zatrzymano, ale rezultat był taki, że nazajutrz już prawie nikt tej kawiarni nie odwiedził i stoi pusta. Może szukano handlarzy kokainy, może socjaldemokratów, a może po prostu chciano „wykończyć” lokal.
Lokale nocne świecą pustkami, tak że są zamykane jedne po drugich. Przeważającą część gości stanowili tam bogaci Żydzi lub ludzie w ten czy inny sposób od nich zależni. Ta kategoria klienteli dziś nie istnieje. Żydzi częściowo obawiają się pokazywać, częściowo oszczędzają. Przecież przyszłość jest tak niepewna... Bogaty Niemiec Aryjczyk też chowa się z pieniędzmi. Jeżeli jest choć trochę politycznie podejrzany, a podejrzanym jest każdy, kto nie opowiedział się wyraźnie za obecnym ustrojem, nie wolno dużo wydawać; łatwo takiemu dowieść korupcji i nadużyć finansowych; tak najskuteczniej go się niszczy.
Różne są też drobne, ale charakterystyczne powody obecnej stagnacji życia nocnego. Muzyka jazzowa jest źle widziana w sferach narodowych socjalistów. W mojej obecności członek partii zażądał zaprzestania fokstrota i rozkazał grać marsza. Gdy wchodzi ktoś z odznaką partyjną w klapie marynarki lub w krawacie, zapada cisza i pewien chłód. Członek Stahlhelmu jest o wiele milej widziany i zupełnie inaczej się zachowuje: mniej więcej jak polski oficer po cywilnemu. Od czasu do czasu do lokalu wchodzi patrol SA (Sturmabteilung) głównie po to, by sprawdzić, czy nie ma innych SA lub SS (Schutzstafel). Bojówkarze hitlerowscy nie mają prawa przebywać w lokalach po ósmej wieczór, jeżeli są w mundurach. Mają oni swoje kawiarnie, piwiarnie i restauracje, tak zwane Sturmlokale. Są to przedsiębiorstwa, których właściciele zostali uznani za wyjątkowo prawomyślnych. U wejścia do takiego Sturmlokalu wisi chorągiew ze swastyką. Jest to zwykle lokal tańszy, do którego zresztą każdemu wolno wejść. Muzyka gra tam marsze oraz pieśni patriotyczne i wojenne. Znana żydowska koszerna restauracja w pasażu przy Unter den Linden jest obecnie Sturmlokalem, a szyld zapewnia, że zarząd jest „czysto narodowy”. W Sturmlokalach goście często powstają i stojąc, piją piwo. Jest to skomplikowany rytuał. Nie zdołałem zbadać wszystkich jego tajemnic. Jest to trochę jak u proboszcza na odpuście. Nigdy nie wiadomo, kto kogo i dlaczego ma po obiedzie całować w łokieć.
W związku z nocnym życiem trzeba chyba wspomnieć o kobietach. Wyszły przepisy co do głębokości dekoltu zawodowej fordanserki (ci ludzie o wszystkim pamiętają). Nie sądzę jednak, aby ten przepis był po drakońsku wprowadzany w życie. Płatnej fordanserki nie wolno po tańcu zaprosić do stolika lub baru. Jeżeli ktoś chce mieć towarzystwo kobiece, musi je sobie sprokurować zawczasu na zewnątrz i związać się na cały wieczór. Wielu panów mówi, że woli nie. Podobne stosunki każą mi zapytać się przyjaciół, jak to się dzieje: z jednej strony purytanizm i pruderia (kanclerza Hitlera podobno nic nie kosztuje powściągliwość płciowa), a z drugiej strony te rzesze prostytutek bardziej niż kiedykolwiek natarczywych i ciągnących mężczyzn za rękaw do bram. Nie można wprost wieczorem wrócić do hotelu, nie okupiwszy się przynajmniej papierosem. Na to słyszę odpowiedź, że choć ideałem narodowego socjalizmu jest rozmnażanie się, a więc małżeństwo, jednakże stosunek płciowy jako akt wybitnie męski może być tolerowany, byle mężczyzna okazywał kobiecie, która nie ma zamiaru zostać matką, należytą pogardę i brutalność.
A propos brutalności. Na Leipzigerplatz i koło sklepów KaDeWe7 można było spotkać późnym wieczorem kobiety w wysokich, czerwonych, sznurowanych butach. Spacerowały, wymachując zalotnie szpicrutą. Czekały na panów, którzy rozumieją tę podwójną symbolikę. Mam na myśli bardziej brutalne formy miłości, jeżeli to można tak nazwać. Otóż pewnej nocy przychodzi Polizeirazzia i wszystkie te panie brutalnie zabiera. Ale biciem nie da się ich nastraszyć, więc w trzy dni później zjawiają się znowu na dawnych posterunkach, trochę obolałe, ale z piersią ozdobioną żetonem narodowosocjalistycznym. Nikt ich dziś podobno nie śmie maltretować, z wyjątkiem oczywiście starych, jeżeli nie stałych klientów.
Ale na ogół biedne są dzisiaj kobiety w Niemczech. Życie im się stanowczo nie uśmiecha. Wicekanclerz von Papen8 mówi, że rolą życiową Niemki — o ironio! — jest umrzeć; tak, umrzeć. Mężczyzna powinien umrzeć za ojczyznę z bronią w ręku na polu bitwy (tych pól ma zawsze jakoby wystarczyć), a kobieta ma umrzeć w połogu; ale oczywiście nie w pierwszym, tylko przynajmniej w dziesiątym.
W drugą niedzielę maja obchodzi się zwykle w Niemczech Dzień Matki. W tym roku odbywał się on pod hasłem gloryfikacji licznych rodzin. Aby zachęcić panny na wydaniu i początkujące mężatki, wszystkie pisma ilustrowane zamieściły fotografie i artykuły o matkach zasłużonych, czyli takich, które straciły wielu synów na wojnie. Nie wiem doprawdy, kto ma dziwaczniejszą mentalność: redaktor propagandzista czy kobieta, która się na taką propagandę da złapać. Poza rolą matki ruch narodowosocjalistyczny nie przyznaje innej roli kobiecie. Istnieje wprawdzie dziewczęca organizacja hitlerowska9 (coś w rodzaju harcerek), ale, jak mi mówiono, jest ona traktowana po macoszemu. Biedule te paskudnie wyglądają. Każą im nosić długie włosy, a że od wyborów nie zdążyły im jeszcze wyrosnąć warkocze à la Lorelei, więc chodzą z malutkimi, sztywnymi warkoczykami, istne karykatury przedwojennych „gąsek” warszawskich. Partia życzy sobie, żeby kobieta Niemka nosiła długie włosy, nie szminkowała twarzy, nie karminowała warg i nie paliła w publicznych lokalach. Podobno rzeczywiście Leichner i inne firmy kosmetyczne odczuwają już dotkliwie duży spadek popytu na ich artykuły. Trzynastoletnia córka mojej dobrej znajomej doznała wielkich przykrości w szkole od koleżanek z powodu swego żydowskiego pochodzenia, o którym w ogóle dotychczas nie wiedziała. Przecierpiała bardzo głęboko fakt, że choć się czuje Niemką, nadal nie będzie za Niemkę uważana. Jestem u jej matki na herbacie; wpada nagle do salonu i mówi uradowana: „A ja będę mogła ładnie się ubierać, ja zawsze będę szykowna, bo jestem Żydówką i mnie wolno”. Eureka!