Jakie pisma warto więc czytać? Przede wszystkim zagraniczne. Dużo się z nich człowiek dowie o wypadkach w Niemczech z dnia poprzedniego lub sprzed dwóch dni. Zważywszy sterroryzowanie prasy miejscowej, aż zdumiewa fakt, że na każdym rogu ulicy można kupić periodyk tak gwałtownie antyhitlerowski, jakim właściwie jest każda gazeta zagraniczna. Miałem dziwny odruch, jadąc kiedyś autobusem. Czytałem „Timesa” i spostrzegłem, że jakiś pan, wyraźnie Niemiec, zaglądał mi przez ramię i starał się też czytać. W jednej chwili złożyłem gazetę. Moją instynktowną reakcją było usunięcie sprzed oczu tego człowieka czegoś wysoce gorszącego i przewrotnego. Znajomych Niemców nie spotkałem na ulicy z dziennikami zagranicznymi. Dawniej, pamiętam, zawsze je czytali.
Z pism niemieckich warto przeglądać głównie dwa: „Deutsche Allgemeine Zeitung” i „Vossische Zeitung”. Pierwsze, które było zawsze świetnie redagowanym organem zachowawczym, nie miało wśród swych współpracowników ani jednego Żyda. Trudno więc znaleźć pretekst do szykanowania takiego pisma. „DAZ”, jak ją popularnie zwą, poddała się pozornie „ujednoliceniu”. Dość jednak zręcznie operuje metodą a contrario, głównie w obronie spraw kulturalnych w najszerszym rozumieniu tego słowa. W kwestiach polityki zagranicznej nie stanowi, jak nie stanowiła, wyjątku w stuprocentowo jednolitym froncie prasy niemieckiej. Pod tym względem i socjaliści, i katolicy śpiewają unisono, jedynie pisma o tendencjach pacyfistycznych, rzecz prosta, dziś już nieistniejące, stwarzały mały wyłom w tym „zaczepnym” murze.
„Vossische Zeitung” zaś jest dlatego ciekawa, że można znaleźć w niej więcej „samobójstw”, „śmierci w więzieniu na chorobę nerek” i w ogóle aresztowań itp. Znaleźć, oczywiście, nie na pierwszej stronie ani u góry szpalty, ale sumienny czytelnik nie może tego przeoczyć.
Co z tego, co w Niemczech nazywa się Greuelhetze, można uznać za prawdę? Z góry należy zaznaczyć, że od końca kwietnia do połowy czerwca bujność rewolucji przechodziła pewien stan zmniejszonej żywotności. Greuelpropaganda znajdowała mniej pożywki. Wydaje się, że teraz, wraz z gwałtownym zwrotem przeciwko Stahlhelmowi, niemieckonarodowym, Centrum62, Bawarskiej Partii Ludowej63 i katolikom w ogóle — okres gwałtów znowu się rozpocznie. Ale tym razem aparat tajemnicy doprowadzony już zostanie do prawie idealnej hermetyczności i wprost z politowaniem patrzeć będziemy na te prostackie metody z marca bieżącego roku, kiedy to rewolucja była jeszcze w powijakach (choć i teraz to dziecko drze się wniebogłosy).
Od czego tu zacząć? Czy zabijano? Tak. I bezpośrednio, i przez bicie w brunatnych domach. Okrucieństw i zabójstw dopuszczało się tylko SA. Policja i władze więzienne były i są całkiem correct. Stahlhelm także jest zupełnie wolny od wszelkich zarzutów w tym względzie. Główna kwatera SA była otoczona w pierwszych miesiącach po objęciu władzy przez narodowych socjalistów nimbem grozy, którą trudno opisać. Mało kto zawieziony tam wychodził cało. Albo ślad po nim w ogóle ginął, albo odnajdywano go z trudem, w mniej lub więcej ciężkim stanie w szpitalu bądź też po tygodniach poszukiwań przychodziła wieść, że jest w obozie koncentracyjnym czy w więzieniu. Komunikowanie się ze znajomymi czy krewnymi pozostawionymi na wolności jest rzeczą prawie niemożliwą.
Czyta się czasem, że ktoś w więzieniu umarł na serce lub na nerki (wiadomo — były odbite), ktoś popełnił samobójstwo, że ktoś został zastrzelony w czasie ucieczki. Jeżeli starszy pan z brzuszkiem, a nie zawodowy ptaszek więzienny obmyśla ucieczkę z instytucji karnej, musi naprawdę czuć się tam nieświetnie. Z powodu szalejącej za granicą Greuelpropaganda władze urządziły dla prasy zagranicznej zwiedzanie więzienia politycznego. Do każdej celi razem z dziennikarzami wchodził dyrektor zakładu i proponował więźniowi, żeby się na coś w swym obecnym trybie życia poskarżył. Można sobie łatwo wyobrazić przestraszone milczenie lub jeszcze bardziej przestraszone pochwały ze strony zapytanego. Jeden tylko kupiec — Żyd odpowiedział na pytanie talmudycznie: że mu się tak powodzi, jak w panujących warunkach powodzić się może. Podobno miał tej swojej subtelności słownej później dotkliwie pożałować.
W pierwszych dniach rewolucji działy się rzeczy naprawdę groźne. W wielu wypadkach bojówkarze z SA załatwiali swoje osobiste porachunki i rachunki, bijąc lub zabijając zupełnie bezkarnie wrogów lub po prostu wierzycieli. Nie podam tego szczegółu w reportażu poświęconym kwestii żydowskiej, gdyż krawiec, oczywiście Żyd, który sprzedał hitlerowcowi ubranie na raty, cierpiał nie jako ofiara nienawiści rasowej, ale raczej okrutnej koniunktury finansowej u swego oprawcy. Dziś takie porachunki osobiste są nie do pomyślenia i chyba ostatecznie należą do przeszłości. SA wzięto jednakże trochę w ryzy.
Co do bicia i wypuszczania potem na wolność, przekonano się, że system ten jest dlatego słaby, że wypuszczeni zawsze muszą coś wygadać. Więc dziś na ogół albo zamykają bez pastwienia się nad ofiarą, albo też niepożądany osobnik przepada bez wieści. Gdzieś, w jakimś lasku, dostaje kulę w łeb. Na likwidowanie zwłok znajduje się też różne pomysłowe sposoby.
Myśl moja zwraca się tu ku cudnej, liberalnej, nieznającej twardych wymogów racji stanu Polsce, gdzie tyle wylano (i ja wraz z innymi) łez i atramentu nad odosobnionymi incydentami podobnej natury. Teraz Polacy będą mogli sobie pozwolić na bardziej intensywną kampanię aktów bezprawia, gwałtu i terroru i jednocześnie zachowają prawo oburzania się na zachodniego sąsiada.
Chodzą słuchy, że teraz, o ile w Braunes Haus64 biją czy też stosują olej rycynowy (piękny ten obyczaj przyszedł z Włoch razem z ukłonem faszystowskim), operacja ta odbywa się zawsze w obecności lekarza.