Ale co tu można wiedzieć na pewno? Terror jest kompletny. Und niemand klagte, wer genas65 czy też prawie niemand66. Poselstwo polskie posiada zresztą pod tym względem ciekawy dokument. Pobity obywatel polski złożył skargę do poselstwa, a po jakimś czasie nadesłał list z prośbą, żeby jego sprawę umorzyć; przy czym tłumaczył, że wprawdzie go bili, ale dopiero teraz zrozumiał, że mieli rację, że wszystko, co się robi w imię Gleichschaltung, jest słuszne.

A iluż to ludzi nie wniosło w ogóle zażaleń. Zbyt już byli szczęśliwi, że uszli z życiem i że teraz mogą schować się w szarym tłumie. Wszystko to zresztą dotyczy tylko tych, którzy do jakiejś opieki mają w ogóle prawo: mam na myśli cudzoziemców.

Ważnym powodem, dla którego zmniejszyła się liczba gwałtów, jest wypowiedzenie się rządu przeciwko dokonywaniu aresztowań przez bojówkarzy, a za pozostawieniem tej funkcji właściwemu organowi, czyli policji. Z Polizeipräsidium na Alexanderplatz idzie się tylko do więzienia albo obozu, ale nigdy do Braunes Haus czy też do jakiegoś berlińskiego odpowiednika lasku sękocińskiego67.

Przedłużałem sobie prawo pobytu w tymże Polizeipräsidium i pomyślałem, że jednak wszystko nie wygląda tak doskonale, skoro tyle płaczących kobiet snuje się po korytarzach i siedzi godzinami w poczekalni.

Jak dalece wszystko, o czym wyżej piszę, jest znane społeczeństwu niemieckiemu? Śmiało można powiedzieć, że w dziewięćdziesięciu procentach jest całkowicie nieznane; a w dodatkowych dziewięciu spotyka się z „entuzjastycznym sceptycyzmem”.

Wiedzą o tych sprawach ci, którzy wyraźnie wiedzieć chcą. A rzecz to niełatwa. Wiedzą zatem opozycja lewicowa, dyplomaci i zagraniczni dziennikarze. Partia komunistyczna wydaje ręcznie odbijane pisemko, które jest podrzucane zainteresowanym osobom. Arkusz ten jest istną skarbnicą dla każdego greuelpropagandzisty, gdyż dane w nim są ścisłe i prawdziwe.

Wśród znakomitej większości SA panuje też kompletne nieuświadomienie co do poczynań „narodowej czerezwyczajki”. Zresztą widać, że ci różowi, roześmiani, zdrowi chłopcy w brązowych koszulach nie katowaliby sami i nie dopuścili do katowania jakiejś starszej kobiety za to, że pan, u którego pracuje w charakterze sekretarki, popełnił straszną zbrodnię tłumaczenia w lokalu publicznym artykułu z „Daily Telegraph” towarzyszowi, który po angielsku nie rozumiał. Oczywiście i sam chlebodawca sekretarki oberwał za swoje i artykuł nie był zupełnie „po linii”. Incydent ten jest prawdziwy. Dodać jeszcze należy, że pobito w bestialski sposób (jak zwykle zresztą — do utraty przytomności) także młodą maszynistkę pracującą w tym samym biurze.

Czym biją? Gumowymi pałkami; dość często, choć nie wiem dlaczego, kijami bilardowymi lub też narzędziem, którego nie potrafię nazwać, ale postaram się opisać. Piętnastocentymetrowa, grubości dobrej laski, drewniana rączka; potem dwadzieścia centymetrów gęsto zwiniętej stalowej sprężyny (zwój ma półtora centymetra średnicy), dalej znów dwadzieścia centymetrów już trochę cieńszej sprężyny, a na końcu ołowiana gałka mająca trzy centymetry w przekroju; wszystko to obciągnięte skórą. Podobny instrument miałem sposobność oglądać na biurku u znajomego. Skóra była pęknięta na szwie i miejscami pokryta rdzą zakrzepłej krwi.

Po kilku dniach spokojnego pobytu w Berlinie takie uwagi znajomych, jak „nie trzymaj swoich notatek w hotelu”, „uważaj, co piszesz w listach”, „pamiętaj, że istnieje podsłuch telefoniczny” (tak jakby w Polsce zapominało się o tym) — wydają się śmiesznie przesadne jak staropanieńskie zaglądanie pod łóżko. Podobno robiono rewizje w hotelach, jawne i tajne (à la Moskwa). Mnie się to nie przytrafiło. Łatwo jest być w Berlinie dłuższy czas, mieć stosunki i znajomych i przysięgać w zupełnie dobrej wierze, że terroru nie ma. Chyba że szczęśliwy traf (o ty, przewrotne szczęście dziennikarskie) otworzy nagle człowiekowi oczy na zakulisową rzeczywistość.

Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy w drzwiach restauracji, gdzieśmy byli umówieni, po godzinnym oczekiwaniu ujrzałem czerwoną, zmieszaną, choć energiczną twarz mojego przyjaciela, pół-Niemca, pół-Amerykanina — Billa. Kim jest naprawdę w duszy, nie wiem. Paszport ma amerykański, mieszka stale w Paryżu. Przeprasza, że się spóźnił i opowiada, że całą noc nie kładł się spać i że ledwo żyje. Cóż się takiego stało? Poprzedniego dnia po południu dostaje telefon od Angielki, bony dziecka jego kuzynki, wzywający go natychmiast w bardzo ważnej sprawie. Kuzynka ta, także Amerykanka, jest żoną architekta — berlińczyka o sympatiach, o ile wiadomo, lewicowych. Bill wskakuje do taksówki, jedzie i dowiaduje się od zrozpaczonej bony, że pana aresztowano o północy, trzy dni temu; że gdy przez dwa dni nie było o nim wieści, pani poszła do Polizeipräsidium. I oto minęła doba, jak zniknęła. Bill natychmiast poruszył niebo i ziemię. Pomagał mu w tym jego paszport zagraniczny oraz kompletne opanowanie języka niemieckiego. Już nad ranem odnalazł swoją kuzynkę nieprzytomną w jakimś szpitalu. Przeszła tej samej nocy amputację jednej piersi. Stan jej był ciężki. Z czasem dowiedział się, że skierowana z Polizeipräsidium do Braunes Haus nie została tam poinformowana co do losów męża, ale za to kilkakrotnie zgwałcona, a pierś miała tak pogryzioną, iż operacja okazała się konieczna. Bill dowiedział się też, w jakim więzieniu jest mąż i że także jest ciężko chory. Obecnie od rana biega po wszystkich możliwych urzędach, aby uzyskać konieczną, kiedy chodzi o małoletnich, zgodę ojca na wywiezienie dziecka do Paryża, gdzie zajęłaby się nim żona Billa. Po nieprawdopodobnych perypetiach i wykazaniu niesłychanej energii — dopiął swego. Tego samego wieczoru byłem na dworcu, żeby go odprowadzić i widziałem, jak w paryskim sleepingu instalował jeszcze podnieconą, choć starającą się odzyskać narodową flegmę, bonę oraz elegancko wystrojonego dzieciaka.