I pomyślałem sobie: komfort sleepingu, do sąsiednich przedziałów podają przez okna najpiękniejsze w Europie berlińskie kwiaty; bona to wykwalifikowana nurse angielska, a dziecko jak z żurnala — i to ma być rewolucja.

Powyższy wypadek podaję jako ciekawą przygodę z czasów mojego pobytu w Berlinie, nie jako przykład tego, co się co dzień zdarza. Miałem bez wątpienia „szczęście” dotknąć sprawy wyjątkowej. Do poselstwa polskiego napłynęło kilkaset skarg i opisów okrucieństw. Kilku obywateli polskich nie udało się w ogóle odnaleźć; kilku siedzi jeszcze bez powodu ani sprawy w więzieniu; bardzo wielu leczy się ze skutków swej „obcokrajowości”. A jednakże gdy opowiedziałem w poselstwie o kuzynce Billa, powiedziano mi, że pierwszy raz słyszą o czymś podobnym. Kobiety bito, choć rzadko, ale o podobnych bestialskich aktach nikt dotychczas nie opowiadał.

Co do bicia, mamy zresztą oficjalną enuncjację. Członek biura spraw zagranicznych partii nazistowskiej (taki sobie mniejszy Rosenberg), wysłany do robienia propagandy w krajach skandynawskich i zapytany na konferencji prasowej w poselstwie niemieckiem w Kopenhadze, czy prawdziwa jest pogłoska o pobiciu pewnej starej komunistki, nie tylko odpowiedział, że to nie jest pogłoska, lecz prawda, ale także jednocześnie wyraził gorące uznanie dla podobnych metod.

Powracając do poselstwa polskiego, jak również do opinii zasłyszanych u innych dyplomatów mających ciągłe stosunki z Auswärtiges Amt68 — należy zaznaczyć, że wszyscy jednogłośnie chwalą sobie współpracę z tym ministerstwem. Jest ono dość mało opanowane przez hitlerowców. Wódz nie wprowadził tak wielu nowych ludzi (pułkowników). A starzy (nie ze szkoły Rosenberga) dyplomaci niemieccy czują się oczywiście zażenowani niektórymi objawami panującego dziś w Niemczech bezprawia. Współdziałanie urzędników Auswärtiges Amt w odszukiwaniu czy uwalnianiu cudzoziemców jest bardzo gorliwe, choć pomimo najlepszej woli nie zawsze skuteczne. Tak się wtedy dziwnie ułożyło, że osobiste stosunki pomiędzy tymi urzędnikami a dyplomatami zagranicznymi nigdy lepsze nie były.

Pierwszy raz, odkąd piszę o Berlinie, użyłem przed chwilą słowa „bezprawie”. A choć w ogóle jest ono ściśle związane z pojęciem „rewolucji” i choć w innych, bardziej typowych rewolucjach może objawiało się jaskrawiej, tutaj jednakże jest potencjalnie bardziej kompletne. Jest podniesione prawie do zasady i tylko czasem bywa ubrane w formę prawną, zresztą tak naiwną, że to zakrawałoby zupełnie na humoreskę, gdyby ta hipokryzja prawna nie kosztowała wolności tysięcy jednostek.

Bez porównania najjaskrawszym przykładem takiego przemycanego bezprawia jest tak zwany Schutzhaft69. Jest to stara, ze średniowiecza pochodząca forma aresztowania. Stosowało się ją, ażeby zapewnić bezpieczeństwo jednostce przez oddzielenie jej kratą więzienną od niebezpieczeństwa. Taki areszt mógł trwać nie dłużej jak dwadzieścia cztery godziny. Obecni władcy najpierw przedłużyli ten dopuszczalny okres do czterdziestu ośmiu godzin, a później (duży skok) zaraz do trzech miesięcy. Ogromna większość tych tysięcy ludzi, którzy zapełniają dziś więzienia niemieckie, oraz tych, którzy przesiedzieli jeden albo kilka dni i zostali wypuszczeni, nie wiedząc nawet, co było powodem pozbawienia ich wolności, właśnie z tej „obrony prawnej”, jaką jest Schutzhaft, korzystali. Trzy miesiące od pierwszych takich aresztowań już dawno minęły, co nie znaczy, że wdrożono sprawy przeciw uciemiężonym lub też, że ich zwolniono.

Ale czyż można wyliczyć wszystkie objawy bezprawia i opisać całą garderobę płaszczyków, pod którymi się ukrywa? Jest jeden taki płaszczyk demagogiczny, w który wszyscy prawie wierzą jak w królewską koszulę z bajki Andersena. A mianowicie zarzuca się osobom, które się chce zniszczyć, po prostu nieuczciwość. Urzędowe oświadczenie, że ktoś kradł, dopuszczał się nadużyć natury finansowej, wyzyskiwał swoje wpływy czy stosunki itp. — któż na całym świecie natychmiast w to nie uwierzy? Może jakaś zaślepiona matka i to chyba nie w czasach dzisiejszych. Tylu tysiącom ludzi przypisano podobne sprawki, że opinia publiczna nie może się wprost połapać, czy wytoczono sprawy tym rzekomym kanaliom, czy zostali skazani. Wiadomo, że są aresztowani, że siedzą: dobrze im tak. A gazeta jutrzejsza przyniesie tyle nowych sensacji, że o wczorajszych „panamach” nie będzie czasu myśleć.

Tak łatwo przecież przyczepić się do ludzi operujących ogromnymi kapitałami publicznymi. Gdzie tylko jest fundusz dyspozycyjny — tam szantaż murowany. Aż strach pomyśleć, co by się mogło stać, gdyby inny reżim zastąpił obecny i chciał zastosować te same metody walki. Bo nie trzeba myśleć, że wszyscy narodowi socjaliści mają głęboką pogardę dla własnej kieszeni. Jeśli chodzi jednak o tę dziedzinę, plotek opowiada się niewiele, a skandali w ogóle jeszcze nie było. Ludzie u góry są, zda się, uczciwi, choć oczywiście, jak i w innych krajach, zgrywają się na Diogenesów. Czasem ich beczka okazuje się beczką Danaid, ale w to nie wchodźmy. Hitler na przykład całą swoją pensję kanclerską oddał na „cele”, skądinąd jednak wiadomo, że ma podobno niezły dochód z „Völkischer Beobachter”.

Powróćmy do rzekomych nadużyć. Zarzuca się je wszystkim „niewygodnym”. Tak aresztuje się hrabiego Eulenburga, osobistego przyjaciela syna Hindenburga. Prałat Kaas70, były przewodniczący byłej Partii Centrum, zaskoczony wypadkami za granicą, postanawia pozostać w Rzymie ad infinitum71, gdyż wie dobrze, że na granicy Niemiec byłby aresztowany pod zarzutem brudnych machinacji pieniężnych. Wreszcie najskuteczniejszą bronią, która przyczyniła się do kompletnego zniszczenia organizacji robotniczych i zawodowych, było rzucenie podejrzeń na czystość rąk przywódców związków zawodowych, Grossmanna72 i Leiparta73, dwóch starych ludzi znanych z prawości, uczciwości i bezinteresowności, którzy całe życie poświęcili sprawie robotniczej. Przeciw jednemu z nich wysunięto zarzut, że pobierał „niesłychanie wygórowane wynagrodzenie”, bo aż siedemset marek miesięcznie. Ale jak już wspomniałem, zarzut chciwości, choćby poparty tak śmiesznie słabymi argumentami, zawsze trafia do złośliwej łatwowierności tłumu. Tłum ten w Niemczech pozwolił i ze spokojem patrzył na zniszczenie przeszło półwiekowego dorobku i zdobyczy klasy robotniczej w ogóle i partii socjaldemokratycznej w szczególe. Stracił on wiarę w uczciwość swych przywódców i jednocześnie jakiś dziwny węzeł myślowy, jakaś psychoza kazały mu zobojętnieć na wszystko, co zbudował swymi oszczędnościami i ofiarnością, w co do tak niedawna święcie wierzył jako w jedyną drogę do lepszej przyszłości. Klasowo uświadomiony Niemiec nie ma w co dziś wierzyć, więc mówi sobie, że może rząd ma i rację, może go ostatecznie nie skrzywdzi.

Nie potrafię przeprowadzić analizy wszystkich składników czy „rozkładników” stanowiących o atmosferze rewolucji, która się w Niemczech dokonuje. Bez wątpienia, pewne analogie z Rosją Sowiecką wzmacniają świadomość, że tu naprawdę odbywa się rewolucja. Jest nerwowość w powietrzu i nie da się o tym zapomnieć ani na chwilę. Jest też ciągle mowa o sabotażu i kontrrewolucji. Do walki z nimi, podobnie jak do walki z korupcją, ustanawia się nawet odrębne urzędy. Do tych i im podobnych nowo powstających urzędów wyznacza się „komisarzy” z poleceniem, aby w ciągu, dajmy na to, trzech dni dobrali sobie współpracowników, zorganizowali biura, rozpoczęli działalność i złożyli o niej i projektach na przyszłość raport rządowi.