A poza tym wszystkim istnieje na tle już i tak dość zagmatwanego schematu administracji, z ministerstwami i urzędami Rzeszy i odrębnych jej krajów, jeszcze nieprawdopodobna, że tak powiem, koleżeńska nonszalancja, z jaką ministrowie i komisarze mieszają się do spraw cudzych resortów lub innych krajów Rzeszy. Zabierają oni publicznie głos na tematy, które, zdawałoby się, mają swoich „naturalnych” referentów. Jak na kiermaszu — nikogo nie razi ani nie drażni, że dwie sąsiadujące karuzele grają jedna marsza, a druga polkę — tak samo w tej barwnej i jak kiermasz podniecającej imprezie przewrotu narodowosocjalistycznego, ten zamęt w pośpiechu jest uważany nie tylko za objaw naturalny, ale także nawet za oznakę pewnej młodzieńczej żywotności. W każdym razie potwierdza to bez wątpienia istnienie wśród sfer rządzących prawdziwej Kameradschaft74.

Siedzę w kawiarni. Przejeżdża siedem czy osiem ciężarówek. Ustawiono w nich ławki, a na ławkach siedzą, trzymając karabiny między kolanami, policjanci i członkowie policji pomocniczej. Wiadomo, co to znaczy: Razzia75. Otoczą cały blok domów lub nawet kilka ulic, a może jakiś park, wszystkich wylegitymują i poddadzą rewizji. Podejrzanych zatrzymają. Taka obława trwa czasem cały dzień. Zdarza się głównie w dzielnicach ubogich, gdzie dużo jest komunistów, lecz i w centrum, i w Westend bywa również przeprowadzana. Znajoma moja, żona wysokiego urzędnika Auswärtiges Amt, musiała kiedyś siedzieć zamknięta w domu do samego wieczora. Telefonowała do męża, żeby uzyskał jej „zwolnienie”. Nic nie pomogło. Protekcja w takich przypadkach pozostaje bezskuteczna. Oczka w sieci są zupełnie równe. Kogo się tak łowi? A mało to jest wrogów i podejrzanych: prawicowych, lewicowych, centrowych, no i w ogóle niehitlerowców?

Auta przejechały. Zaglądam do gazety. Panna Neppach, tenisistka, Żydówka, którą widziałem wczoraj w barze, „popełniła samobójstwo z niewiadomych powodów”. Córka Scheidemanna wraz z mężem popełnili samobójstwo. Profesor Mayer, nieoceniony znawca sztuki i dyrektor monachijskiej pinakoteki, popełnił samobójstwo w więzieniu. Burmistrz jakiejś mieściny na Fryzach, poseł socjaldemokratyczny z Hamburga itd., itd... popełnili samobójstwa. Nie chce się wprost wierzyć. Nie podaje się nigdy szczegółów śledztwa, a rzadko kiedy sposób, w jaki samobójca skrócił swoje dni.

Tak. To chyba jest rewolucja.

A czy to, co piszę, jest Greuelpropaganda? Nie. Ciągle radziłem się swego sumienia. To, co piszę, to uczciwa, smutna prawda.

Żydzi

Wśród nawały rozporządzeń i ustaw wydawanych przez rządy narodowej rewolucji jest jedna ustawa, która, choć nadzwyczaj doniosła, ciekawa i śmiała, nie jest typowo rewolucyjna. Mam na myśli wprowadzenie w Prusach tak zwanego Ahnerbenrecht. Jest to wskrzeszenie prawa istniejącego w średniowieczu; pewne jego pozostałości przetrwały do dnia dzisiejszego w niektórych krajach Rzeszy. Polega ono na tym, że z każdego chłopa robi ordynata, czyli że wolno mu jest zapisać zagrodę i wszelką nieruchomość tylko najstarszemu synowi. Ma to przeciwdziałać skrajnemu rozdrabnianiu ziemi i chronić zdrowe, samowystarczalne jednostki gospodarcze. Co się stanie z siostrami i młodszymi braćmi nowego ordynata — nie wiadomo.

Przypominam sobie moje zdumienie, gdy bardzo niedługo po przyjeździe do Berlina spotkałem się w „DAZ” ze wstępnym artykułem analizującym to prawo i po raz pierwszy otwierającym mi oczy na całą absurdalność kwestii i prawodawstwa rasowego. Wyczytałem, że ponieważ „prawo germańskie powinno wychodzić na dobre tylko obywatelom krwi niemieckiej, więc i w ustawie o Ahnerbenrecht paragraf aryjski jest specjalnie uwzględniony”. Za chłopa w znaczeniu ustawy nie może być uważany ten, „kto wśród przodków męskich swojego rodu lub wśród innych przodków do czwartego pokolenia włącznie ma osobę pochodzenia żydowskiego lub niebiałej rasy”. „W przyszłości małżeństwo zawarte z osobą krwi nieniemieckiej uniemożliwi potomstwu raz na zawsze zaliczanie się do chłopów w sensie posiadania dziedzicznej zagrody”. Paragraf ten jest ostrzejszy od innych podobnych paragrafów aryjskich w tym, że nie tylko wymaga zupełnej czystości pochodzenia samego nazwiska, ale także nie cofa się do trzeciego, lecz aż do czwartego pokolenia. Istnieje przypuszczenie, że obrachunek ten rozpoczynać się będzie nie od obecnego właściciela, ale od jego spadkobiercy. Wyjątek stanowią „niekolorowi” i nie-Żydzi nie-Aryjczycy, jak na przykład Węgrzy, a za przynależnych do krwi niemieckiej uważani są wszelcy Germanowie, więc Holendrzy i Duńczycy. Czy jednakże w przyszłości związek małżeński zawarły, dajmy na to, z Hiszpanką (krew nieniemiecka), będzie równoznaczny z wydziedziczeniem potomstwa? Biorąc logicznie — tak.

Stawianie kwestii żydowskiej i ras kolorowych na jednej płaszczyźnie jest nie tylko śmieszne samo przez się, ale także przez ogromną niewspółmierność znaczenia obydwu problemów. Tych kilku jazzbandzistów i odźwiernych, którzy przywędrowali jeszcze przed wojną z kolonii niemieckich, zostało naturalizowanych, a teraz wszyscy wyrzuceni na bruk giną z głodu, to tylko smutny i może trochę „barwniejszy” szczegół tego ogromnego, choć nie bez wigoru namalowanego narodowego kiczu. Śpiewak murzyński, obywatel amerykański, który do niedawna świetnie zarabiał, po długiej chorobie w szpitalu wyczerpał wszystkie swoje oszczędności. Nie ma nawet na wyjazd z Berlina, a nie ma prawa zarobić choćby śpiewaniem na podwórkach. (Śpiewacy podwórkowi zostali zorganizowani. Muszą wykazać się partyjną prawomyślnością, ale chodzi głównie o repertuar — musi być czysto narodowy). W nocnym klubie, gdzie dawniej Murzyn ten występował, właściciel zbiera wśród stałych bywalców na wysłanie nieszczęśliwca do Paryża.

Inna rzecz z Żydami; to już nie detal; to sprawa przejmującej powagi. Stanowią oni w Niemczech zaledwie jeden procent ludności. Nie należałoby się może dziwić ludziom, którzy, mając zastrzeżenia instynktowne czy interesowne przeciwko Żydom, przedsiębiorą te okrutne kroki, o których słyszymy; trudno bowiem naprawdę wystawić sobie bardziej żywotny, chłonny i z temperamentu zachłanny taki sobie jeden procent jak Żydzi niemieccy. Gdyby więc ci Żydzi, poza wrodzoną właściwością wypełniania sobą każdej próżni, luki czy potrzeby — jeszcze źle się asymilowali, można by łatwo zrozumieć tych, którzy myślą kategoriami plemiennymi. Ale przecież poza krajami anglosaskimi nigdzie Żyd nie okazał się tak lojalnym i patriotycznym obywatelem (dawali tego dowody podczas wojny) jak właśnie w Niemczech. Tak samo dzisiaj, kiedy się chce, tak jak ja, w rozmowach z Żydami niemieckimi dowiedzieć prawdy o panujących stosunkach, natrafia się na podwójną trudność. Po pierwsze, istnieje aż zbyt słusznie uzasadniony strach, ale po drugie — i to w o wiele wyższym jeszcze stopniu — niechęć zwierzania się z bolesnych i brudnych „spraw rodzinnych” przed człowiekiem obcym, w dodatku Polakiem. Można śmiało powiedzieć, że ogromna większość Żydów niemieckich tylko czeka z upragnieniem na tę chwilę, kiedy im znowu wolno będzie stać się stuprocentowo lojalnymi Niemcami. Jeżeli obecny straszliwy ucisk nie potrwa zbyt długo, przewiduję, że dożyjemy jeszcze czasów nowej fali niemieckiego szowinizmu wśród niemieckich Żydów. Będzie to coś jak kochające małżeństwo godzące się po sprzeczce; jakiś, bardziej niż pierwszy, świadomy miesiąc miodowy. Ale z drugiej strony prześladowanie to może zniszczyć przywiązanie Żydów do Niemiec, o ile w czasie jego trwania zdąży się wychować całe jedno pokolenie „urodzone w niewoli, okute w powiciu”.