Enuncjacji doktora Freislera specjalnego posmaku rewolucyjnego dodaje fakt, że podobno wielu jest takich, którzy pamiętają (choć starają się jak najszybciej o tym zapomnieć) doktora Freislera jako czynnego komunistę. Gdyby się o tym nawet nie wiedziało, łatwo byłoby wpaść na tę myśl, słuchając końcowego ustępu jego przemówienia, które jednocześnie zamykało obchód. Położył on, jak również jego przedmówcy, nacisk na to, że przy ferowaniu wyroków nie można się kierować fałszywym obiektywizmem. Prawem jest zawsze to, co służy życiowym potrzebom narodu. Prawnicy niemieccy wrócą teraz do pracy i będą tworzyli państwo karności (Zucht), porządku, zdrowego rozwoju „krwi niemieckiej”, państwo chłopów, robotników, żołnierzy — państwo Adolfa Hitlera.
Czy to o takich sędziach w Berlinie głosi tradycja wieku oświecenia...? Czy rosnące w potęgę Prusy Fryderyka Wielkiego — ale i Woltera — pisały: II y a des juges à Berlin129 gotykiem?
Wehrhaftigkeit
Wehrhaftigkeit znaczy dosłownie — zdolność do noszenia broni, a w znaczeniu, jakie obecnie nadają temu słowu Niemcy, znaczy — zdolność do obrony. Od czasu przewrotu hitlerowskiego jest to jedno ze słów najczęściej spotykanych w prasie. Rozciąga się ono w moim pojęciu na organizację militarną kraju, na sprawy gospodarcze i na psychikę, a nawet na mistykę narodu.
O tym, czy Niemcy są narodem mistyków, zdania są podzielone. Nie można jednak zaprzeczać faktowi, że w chwili obecnej naród niemiecki przechodzi wyraźny, choć nieuświadomiony, okres mesjanizmu. Już w kilku przemówieniach Hitlera nuta pogawędki z Bogiem, pogawędki namiestnika ze swoim monarchą — brzmiała całkiem wyraźnie. Ale poza tym istnieje w dzisiejszych Niemczech pewne podświadome przywiązanie i kult symboliki. Kult ten, bez wątpienia, to w pewnym stopniu zdegradowana forma mistycyzmu. Sztandar, żeton, mundur, mensura130, Führer, Wagner, swastyka, złote warkocze — wszystko to są symbole. Do tego rodzaju symboli i do ustroju koszarowego naród niemiecki zdaje się być głęboko przywiązany. Jak mi wyjaśnił, nie bez paradoksalnego dowcipu, pewien przyjaciel w Berlinie, Niemcy mogły się stać ośrodkiem naprawdę twórczego pacyfizmu: należało tylko pacyfizm ten potraktować militarnie. Pacyfistów trzeba było skoszarować, umundurować, trzymać w wojskowym rygorze, a wówczas zastępy ich rosłyby szybko. Takie Paxabteilungi131, jak udarnicy132 sowieccy, niosąc ewangelię pokoju, szłyby do narodów kochających szabelkę z taką samą bezczelnością, z jaką ministrowie Rzeszy polecieli do Wiednia. Lecz wiadomo, że „dzieci ciemności” zawsze są górą, a pacyfiści, jak nas uczy smutne doświadczenie, nie okazali się dotychczas dobrymi psychologami.
Jeżeli zajmuję się militaryzmem niemieckim, to nie z myślą o nieuniknionej a bliskiej rzezi. Może się mylę, ale w tę rzeź chwilowo nie wierzę. Z pobytu w Niemczech wywiozłem wyraźne wrażenie, że nikt tam w chwili obecnej konfliktu zbrojnego nie pragnie. Młodzi i starzy są zahipnotyzowani słabością Niemiec (czytaj: krzywdą wyrządzoną im w Wersalu) oraz potęgą militarną sąsiadów. O wprost gigantycznej sile armii polskiej, na przykład, ma opinia niemiecka nadzwyczaj wysokie i trwożne wyobrażenie. Więc bije się nie tyle na agresję, ile na obronę i konieczność zadośćuczynienia za upokorzenia wypływające z przegranej wojny. Dopiero podczas ostatniej mojej bytności w Berlinie zdałem sobie sprawę, jak głębokie i szczere jest poczucie, że w 1918 roku naród został zhańbiony i zakuty w niewolę długów wojennych, odszkodowań, kontroli zbrojeń, okupacji ziem praniemieckich. Jak wciąż bolesną i jątrzącą się raną jest utrata kolonii, jakim upokorzeniem — plebiscyty. W tym względzie społeczeństwo okazuje coś w rodzaju głębokiego urazu psychicznego. Czy te wszystkie uczucia były w ciągu lat czternastu przez większość ukrywane, a teraz wybuchły, czy też to już hitlerowska propaganda zrobiła swoje — nie sposób dziś osądzić. Faktem pozostaje, że symbole równouprawnienia Niemiec z innymi państwami Europy są czasami cenione wyżej niż uzyskanie dla narodu jakiegoś znacznego, rzeczywistego plusa, powiedzmy natury gospodarczej. Rozumiem dobrze europejskich mężów stanu oraz rządy, które nie mogą temu ufać, ale kiedy przeciętny Niemiec mówi dziś: „Dajcie nam równouprawnienie, a będziemy najczujniejszymi stróżami pokoju” — wygłasza te słowa z niewątpliwą szczerością. Szczerości w tym samym stopniu nie można się doszukać w enuncjacjach urzędowych i prędzej słyszy się zwroty krasomówcze niż prawdziwie programowe, kiedy premier pruski, kapitan Goering, mówi o sprawie zmiany godła Prus: „Miecz i błyskawice są przywrócone pazurom pruskiego orła heraldycznego. Miecz jest znakiem, że zachowamy pokój i że pragniemy bezpieczeństwa dla naszego narodu. Ale błyskawice są znakiem, że ten, kto spróbuje znowu zniszczyć Niemcy, będzie rażony gromem orła pruskiego”. Te autorytatywne zapewnienia czynników rządzących o pokojowości Niemiec i agresywności sąsiadów są tak ciągle i systematycznie wpajane w społeczeństwo, że nie należy zbytnio dziwić się, kiedy na granicy Polski czy też Saary odbywają się manifestacje z pogróżkami. (Mało to studentów chodziło pod gmach poselstwa niemieckiego w Warszawie?). Siedząc kiedyś przy obiedzie z kilkoma panami zajmującymi tak wysokie stanowiska w partii, że byłem przekonany, iż oni przynajmniej wiedzą, jak się sprawy naprawdę mają, starałem się im wytłumaczyć pokojowość polityki polskiej, zwłaszcza teraz, kiedy rządowi polskiemu można zarzucić wszystko, tylko nie szowinizm czy uleganie pokusom demagogii. Słuchali mnie sceptycznie, choć na ogół mam ich zaufanie i informacji moich nie lekceważą. Kiedy skończyłem mój wykładzik, powiedzieli: „No, ale jednak Gdańsk zajmiecie lada dzień; czekacie tylko na okazję, a dlaczego nie zabieracie Prus Wschodnich — to już jest zupełnie niezrozumiałe. Uderzenie od Grudziądza i Grodna, a Królewiec jest wasz. Przecież te nieszczęśliwe Prusy Wschodnie są całkiem bezbronne”. Tu znowu zacząłem wyjaśniać, ale krótko. Nastawienie tych panów było wyraźnie pobłażliwe dla moich dobrych chęci względem marchii wschodniej, a wysoce krytyczne co do mego daru orientacji w nastrojach polskich.
Naród przeznaczony do wojny trzeba od samej kolebki wychować w odpowiednim duchu. Pod tym względem ciekawa była mowa ministra spraw wewnętrznych doktora Fricka133 na zjeździe ministrów oświaty krajów związkowych. Właściwie mowa ta ciekawa jest tylko dla tych, którzy o wychowaniu w Rosji Sowieckiej czy też we Włoszech (o, przepraszam, w Italii) nic nie słyszeli. Bo i Polacy przywykli już słyszeć o tym, co mówił doktor Frick, „że główną zasadą wychowania powinno być stworzenie ducha służby oraz zidentyfikowanie się jednostki z państwem w przeciwieństwie do liberalnej teorii o indywidualnym myśleniu i wolności”. Przy nauczaniu historii (jednego z najważniejszych przedmiotów) należy specjalnie uwzględniać czy nawet prawie wyłącznie ograniczać się do okresu ostatnich dwudziestu lat. Wojna powinna być gloryfikowana, a rozbudzenie sumienia narodowego we wszystkich jego, nawet najmniejszych etapach, od walk w Ruhrze aż do zwycięstwa Hitlera, ma być tematem szczegółowych wykładów. Dziecko musi zrozumieć, że jest członkiem stumilionowej rodziny, z której zwłaszcza po wersalskim „dyktacie” prawie jedna trzecia znajduje się poza granicami Rzeszy. Wehrhaftigkeit powinna być tym ideałem przyświecającym dziecku od maleńkości. Wola państwa, a nie rodziców, będzie odtąd kierowała wykształceniem szkolnym itd. Wszyscy aż za dobrze znamy ten refren.
Rewolucja narodowa jest niewątpliwie ruchem ludzi młodych. Nowe Niemcy są budowane przez młodych i dla młodych, a jednocześnie dyscyplina wojskowa, na której tle rozgrywa się obecny dramat, wytwarza dziwnie kontrastowe sytuacje. Władze uniwersyteckie wraz z ministrem Rustem starają się ująć w jakieś karby rozwydrzonych przez rewolucję studentów, a tenże Rust w auli Uniwersytetu Berlińskiego podczas przemówienia do młodzieży akademickiej beszta wprost profesorów za to, że powsadzali nosy w księgi i retorty i nic ich nie obchodziło, co się działo w duszy młodych.
Toteż na ogół nie liczy się na profesorów. Marny to materiał agitatorski. Nie nadawała się również do agitacji większość organizacji studenckich. Dowodzi tego ich zlikwidowanie. Stworzono natomiast posłuszną Deutsche Studentenschaft, jedyną instytucję studencką, oficjalnie uznaną przez władze, no i przez „Myśl Narodową”134. Anonimowy współpracownik tego pisma, nie czekając na koniec moich reportaży, zarzuca mi brak zainteresowania duchem tej organizacji. Przykro mi niezmiernie przyznać wrogowi, wprawdzie tylko po części, rację. Bo choć zrobiłem potrzebne kroki i poznałem typowych hitlerowskich korporantów, jednakże nie potrafiłem długo z nimi rozmawiać. Byłem nimi dość przestraszony, trochę jak sztuką Schlageter, pomimo że wielu z nich to ludzie inteligentni. Tylko że taka wizja przyszłości nie nadaje się do długiego oglądania. Rewelacyjne momenty z moich rozmów z niedojrzałymi szowinistami dałyby „Robotnikowi” pełne zadowolenie: ci młodzi nie lękają się wcale mistycznej siły mścicielskiej, jaką zawiera w sobie przelana krew robotnicza. Nowaczyński uważałby przytoczone cytaty za rozsądne opinie narodowo myślącej młodzieży. Ale ja chcę uważać je za przejściowy objaw przejściowego okresu przeżywanego przez ludzi w przejściowym wieku. Nie będę więc rozmów tych opisywał. Po co jątrzyć? Studenci, których spotkałem, powtarzają trochę bardziej szczerze to, co ministrowie wykrzykują do tłumów. Ale nie należy brać tego zbytnio do serca, bo iluż to polskich burschów jest dziś pokornymi owieczkami pana Sławka135. Wystarczy pochodzić rok bez posady.
A w życiu studenckim jakież są objawy Wehrhaftigkeit? Póki wykłady jeszcze trwały, przymusowemu wyszkoleniu wojskowemu poświęcano na niektórych wyższych uczelniach aż cztery godziny tygodniowo, a co drugi weekend spędzano w obozie lub „w terenie”. Przymus ten dotyczył nawet mego znajomego, którego jeszcze rodzice naturalizowali się w Holandii. Żydów do tych ćwiczeń nie dopuszczano. Mieli za to więcej czasu na naukę. Niech się tylko zmieni kurs i znowu ci nieznośni Żydzi będą lepszymi lekarzami i sprytniejszymi prawnikami.