Ale co tu się zastanawiać — jechać trzeba. Wsiadam do pociągu. W moim przedziale siedzą już dwie panie o rysach wybitnie semickich, każda z córeczką w wieku siedmiu, ośmiu lat. Na dworcu żegnają je mężowie. Ruszamy. Moje panie pokazują sobie swoje domy, koło których przejeżdżamy i rozmawiają po niemiecku o rzeczach błahych: nawet podsłuchiwać nie warto. Oddaję się medytacjom, przechodzę myślą wszystko, com widział, com słyszał, hipotezy, jakie budowano, przepowiednie, jakie wygłaszano.

Widziałem więc kraj, w którym odniosła zupełne, miażdżące zwycięstwo rewolucja narodowa. (Zdaje się, że po wypadkach we Włoszech sprzed dziesięciu lat, a teraz w Niemczech, określenie to ma już zupełnie ścisłe, prawie naukowe znaczenie). Widziałem kraj jeden i niepodzielny. Jest to prawie jedyne wielkie dzieło Hitlera. Należy jednak uniknąć nieporozumień co do przymiotnika „wielki” w powyższym zastosowaniu. Dzieło Hitlera jest wielkie, bo nikt tego dotychczas dokonać nie potrafił, bo może być brzemienne w następstwa dla przyszłej historii Europy; ale nie jest wielkie, jeżeli chodzi o kulturę Niemiec i o spokój naszego kontynentu. Powyższe twierdzenia nie wymagają chyba argumentacji. Prawie zupełna konsolidacja Rzeszy stała się jednak faktem i, jak dotychczas, tak dalecy duchowi pruskiemu południowcy nie skarżą się ani jawnie nie żałują utraty swych praw do niezależności i poddania się kompletnego pod batutę Berlina. To, że Hitler jest Austriakiem, nie odgrywa tu żadnej roli.

Czy rewolucja w tych wreszcie zjednoczonych Niemczech siedzi mocno w siodle? Na to pytanie słyszy się przeważnie odpowiedź pozytywną. Z góry zaznaczam, że w przepowiednie nie mam zamiaru się bawić. Postaram się tylko myśleć logicznie, ale i to w polityce czy w historii niedaleko prowadzi. Kiedy się zastanawiać, skąd może przyjść wróg groźny dla rewolucji — z punktu widzenia nazistów trudno nie być optymistą. Katolicy, jak już pisałem, zawiedli. Socjalizm zmarł śmiercią naturalną, tą papenowską Strohtod. Jest to zresztą bardzo przejmująca historia, że drogę do obecnego stanu rzeczy w Niemczech utorowała właśnie socjaldemokracja. Wprawdzie mogła ona też doprowadzić do komunizmu, ale właśnie ten paniczny strach wspólnego frontu z komunistami, choćby stworzonego na krótki okres, dostateczny do zorganizowania strajku generalnego, nawet tak niedawno, jak między 30 stycznia a 5 marca bieżącego roku, spowodował, że Hitler zwyciężył i że klasy pracujące zostały pozbawione i głosu w życiu społecznym, i broni do walki o swe stanowisko w narodzie. Skąd jednak ta zupełna bierność socjalizmu niemieckiego? Tłumaczono mi, że głównym niedomaganiem tej partii był brak ludzi młodych na stanowiskach decydujących. Zaobserwować to zresztą można także i w innych krajach, choćby we Francji i w Polsce. Starzy liderzy socjalistyczni w Niemczech nie byli dostatecznie demagogicznie nastawieni. Za mało urządzali wieców, za mało histerycznie nawoływali tłumy, za rzadko przyjmowali wiązanki kwiatów od dziewczynek w bieli (jak to ciągle czyni Hitler), a przede wszystkim byli kunktatorami i ludźmi politycznie mało odważnymi. Doszło do tego, że wielu synów przywódców socjalistycznych zalicza się do zagorzałych hitlerowców.

Prawodawstwo zmierzające do utrzymania obecnego stanu posiadania rewolucji narodowej z każdym dniem staje się bardziej drakońskie. Istnieją specjalne rozporządzenia przeciwko „ludziom zrzędzącym” (Miesmachen). W biednych dzielnicach Berlina i prawie we wszystkich tańszych lokalach innych dzielnic właściciel lub obsługa są w porozumieniu z wywiadem policyjnym. Praca jaczejek jest niemal zupełnie uniemożliwiona. Jak już pisałem, Niemcy znajdują się w prawie hermetycznie zamkniętym kręgu terroru. A każdy rząd, który swą bezwzględność posuwa poza granice praw i dbania o dobrobyt i szczęście obywateli, jest zwykle rządem dość długotrwałym. Przewraca się dopiero wtedy, kiedy zaczyna się wahać i mieć skrupuły.

Tymczasem pogłoski o pomrukach ludu rozczarowanego brakiem konkretnych dobrodziejstw rewolucji idą zawsze w parze z wiadomościami o coraz to nowych obostrzeniach prawnych i nowych przywilejach dla organów władzy, rządu i partii. Trochę mniej najzupełniej zbędnej, wiecowej demagogii — a zapewne pracującym warstwom niemieckim oszczędziłoby się niejednego objawu niezdrowo rozbudzonego apetytu. Słowa „apetyt” używam tutaj i w przenośnym, i w dosłownym jego znaczeniu. Dziwnym zbiegiem okoliczności w chwili, kiedy o tym myślę, zatrzymujemy się we Frankfurcie nad Odrą. Jest niedziela. Słyszę śpiew. Znajoma melodia. To oddział szturmowców śpiewa w odjeżdżającym pociągu środkową zwrotkę Horst Wessel Lied:

Die Strasse frei den braunen Bataillonen,

Die Strasse frei dem Sturmabteilungsmann,

Es schaun aufs Hakenkreuz voll Hoffnung schon Millionen,

Der, Tag für Freiheit, und für Brot bricht an!145

Brzmi to jakoś nieaktualnie. Co do chleba, gdzież jest ta nadzieja? Urzędowe dane statystyczne pokazują pewne zmniejszenie bezrobocia, ale należy pamiętać o istnieniu obozów dobrowolnej pracy, ciążących na budżecie państwa, a także o tym, że ci, co utracili posady z powodów politycznych czy rasowych, nie są zaliczani do bezrobotnych. Jeżeli zaś chodzi o wolność, wiemy tylko, że poza opisanymi już gwałtownymi represjami, jakie stosuje rząd niemiecki, zaczęto w ostatnich czasach aresztować rodziny zbiegłych za granicę emigrantów politycznych, ażeby w ten sposób zmusić ich do powrotu i ukarać.