Widziałem więc kraj rządzony według wzorów wziętych po trochu z Rosji i z Włoch. Komunizm jest zbrodnią. Mandaty socjalistyczne do wszelkich ciał ustawodawczych czy samorządowych zostały unieważnione. Inne partie przestały też istnieć: spieszą się jedna przez drugą, która też pierwsza rozwiąże się „dobrowolnie”. Pozostaje więc tylko partia narodowosocjalistyczna, ale kto rządzi nią naprawdę? Hitler, Goering, Goebbels? A może jeden z nich? A może Kerrl albo Rust, albo Freisler, albo Heines146! A może po prostu sztab generalny Reichswehry? Nie sposób powiedzieć. Jak w Rosji, mamy tu prawe i lewe odchylenia. To lewe odchylenie wydaje się odchyleniem przyszłości. Może i Otto Strasser147 powróci jeszcze do łaski. Ale z drugiej strony przemysł zachodni też mocno stoi na nogach i wygląda, jakby nie tracił, ale — przeciwnie — zyskiwał grunt pod tymi nogami. Powinno się pamiętać, że w swych początkach cały ruch nazistowski był finansowany przez kapitał i przemysł nawet po części żydowski, jako środek obrony przeciwko zmorze komunizmu. W obecnej chwili broń zdaje się chwilami obrócona przeciwko jej dostawcom, a już w każdym razie przeciwko junkrom. Są tacy, którzy twierdzą, że wszystko w dalszym ciągu spoczywa w rękach kapitału przez duże K. Przypuszczam, że wersja ta jest przesadzona, tak samo jak przesadzone są przypuszczenia krążące wśród lewicowej inteligencji, że w krótkim czasie dojdzie niechybnie do wielkich buntów wśród rozgoryczonych i rozczarowanych tłumów bezrobotnej biedoty.

Możliwa jest też monarchia. Wiele elementów socjalistycznych patrzy dziś z upragnieniem na tę możliwość. Ufają, że z powrotem monarchii powrócą też bardziej kulturalne formy rządzenia i sprawiedliwości. O cesarzu Wilhelmie148 nie ma, zdaje się, mowy, pomimo żartu o rzekomym telegramie Kronprinza do ojca: Vater, komm bald zurück, wir sind das kleinere Übel („Ojcze, powracaj prędko, jesteśmy mniejszym złem”). Mówi się, jako o kandydatach, o synach cesarza oraz o innych książętach krwi, nawet nie o Hohenzollernach. Masy są na tę ewentualność monarchii zupełnie przygotowane. Gdyby do tego doszło, entuzjazm byłby niewątpliwie wielki, ale kierownictwo partii, a zwłaszcza lewy jego odłam, nie zdaje się bynajmniej dążyć ku temu.

Widziałem, i to może najważniejsze, kraj rządzony prymitywnym instynktem szczepu i jego odrębności. Ani na chwilę podczas pobytu w Berlinie nie mogłem zapomnieć o tym odrodzeniu prymitywizmu. Jaskinia, maczuga, owłosiony małżonek broniący kobiety z cofniętym czołem — takie obrazki stają wciąż przed oczami, kiedy się żyje w atmosferze gloryfikacji poczucia stadnego.

Ale rozmowy w przedziale przerywają mi tok rozmyślań. Po tematach obojętnych moje towarzyszki podróży zaczynają omawiać kurs złotego. Aha, może jadą do Polski. Zjawia się konduktor. Zerkam na bilety. Są do Łodzi. Już wiem trochę więcej. Następuje dyskusja, czy i kiedy należy się przesiadać. Wreszcie nadchodzi kontrola paszportów, z woreczków wyłaniają się niewątpliwe polskie paszporty konsularne. Serce rośnie — rodaczki. Ale rozmowa ciągle jeszcze jest niemiecka, i to niemczyzną zupełnie poprawną. Opuszczamy ostatnią stację niemiecką. Jedna z dziewczynek siedzi przy oknie, wygląda znudzona, wystukuje bezmyślnie palcami po szybie jakąś melodię i coś nuci pod nosem. Przysłuchuję się. Tak, nie mylę się: Deutschland, Deutschland über alles. Słyszy to matka i nagle odzywa się językiem Esterki i Mickiewicza: „Dziecko, po co ty to śpiewasz, ty przecież umiesz i polskie piosenki, zaśpiewaj lepiej coś po polsku!”. Rewelacja! Dziecko posłuszne, choć dalej znudzone, zaczyna bez zapału, ale wyraźnie podśpiewywać: „Oto dziś dzień krwi i chwały”... W tej chwili pociąg wjeżdża na stację Zbąszyń. Wyprawa moja skończona. Jestem już w Polsce. Na jak długo żegnam się z Trzecią Rzeszą, która mnie nie nawróciła, pomimo mej uczciwej chłonności? Ufam jednak, że zostanę należycie zrozumiany. Pisałem tylko prawdę i pisałem ją, mając wciąż na myśli, że nie należy jątrzyć już i tak trudnych stosunków pomiędzy Polską a Niemcami. Unikałem wszystkich szablonów zgiełkliwej histerii europejskiej prasy lewicowej i tylko prawda zmuszała mnie do wysuwania, niestety, dosyć ciężkich oskarżeń.

Pojechałem do Berlina oglądać rzeczy nowe; obserwować zjawiska, których badanie w Warszawie nie jest możliwe. Ale czy tak jest naprawdę? Człowiek posiadający wyobraźnię może zrozumieć i odtworzyć wiele z tego, co się dzieje w Niemczech, przeczytawszy uważnie jakieś pismo sanacyjne i jakieś pismo endeckie. W piśmie sanacyjnym czyta się o inicjatywie rządu w organizowaniu Święta Morza, Święta Straży Przedniej, Święta Przysposobienia Wojskowego. (Pomimo istnienia ogromnej, dobrze, bo za połowę z górą polskiego budżetu, wyekwipowanej, jawnie rozwijającej się armii, która nie zna żadnych traktatowych ograniczeń). Można się dowiedzieć o Legionie Młodych, o jedynej partii, która coś znaczy — BB149; o tym, że zjazdy strzeleckie odbywają się pod hasłami: Każdy Polak winien zdobyć w 1933 roku odznakę strzelecką; Polskę obronimy karabinami, a nie rezolucjami uchwalonymi na wiecach; Każdy obywatel żołnierzem, każdy żołnierz — obywatelem. (Druga część aforyzmu jest trochę niezrozumiała, bo jakże może wykazywać cnoty obywatelskie człowiek pozbawiony inicjatywy i swobody). Dowiemy się o konieczności zdobycia przez możliwie największą liczbę obywateli Państwowej Odznaki Sportowej; o tym, że ćwiczenia wojskowe mają być obowiązkowe na wyższych uczelniach, jak już obowiązują w szkołach średnich; o tym, że dziecko powinno być wychowane jako posłuszne narzędzie, a jego indywidualność ma się całkowicie poddać duchowi państwa. Przepraszam. Powtarzam się trochę, ale zwracam uwagę czytelnika, że tym razem mowa jest o Polsce czy też o przyszłej Europie.

Powracam jeszcze na chwilę do prasy endeckiej. Znajduję tam pewne analogie z duchem prasy sanacyjnej, obok — przyznajmy — zasadniczych rozbieżności. Wspólną więc cechą jest bezwzględność i tolerowanie brutalności, a elementami dopełniającymi obraz dzisiejszych Niemiec — demagogia i antysemityzm, uprawiany zresztą w Polsce przez osoby, które w Niemczech dawno padłyby ofiarą paragrafów aryjskich.

W trakcie czytania tych gazet można usłyszeć, jak przejeżdżający szwadron ułanów śpiewa ochoczo nieprawdopodobną, wprost sadystyczną piosenkę:

Jak to na wojence ładnie,

Kiedy z konia ułan spadnie,

Koledzy go nie żałują,