Jeszcze końmi go stratują.

Prawdą jest, że w Niemczech odbywają się obchody na cześć zabójców Rathenaua150, ale podobnej piosenki nie ma, jak też nie jest używana zdrobniała forma słowa „wojna”. Dotyczy to zresztą sześciu znanych mi języków europejskich. Nie twierdzę, że w Polsce kwitnie duch agresji, bo przeczyłbym swoim najgłębszym przekonaniom, ale od kraju, który podniósł i wykombinował hasło rozbrojenia moralnego, wolno i należy wymagać, aby frazesy na eksport słyszane były, choćby tylko jako frazesy, także i wewnątrz kraju. To chyba nie są przesadne wymagania.

Ale poza tym wszystkim, tak w prasie endeckiej, jak sanacyjnej, tak w Polsce, jak w Niemczech, we Włoszech i w Rosji, ta sama, jedyna myśl przewodnia o celowości, z jaką należy używać społeczeństwa, i ta sama beznadziejność, jaka przypada w udziale jednostce. Przychodzi wciąż na myśl Życie termitów Maeterlincka. Jest to jeden z najbardziej ponurych i wstrząsających reportaży o społeczności działającej sprawnie i celowo. Wszystko dla podtrzymania rodzaju, nic dla pocieszenia i nagrodzenia jednostki. Straszna, doprawdy, wizja tego, co nas czeka. W ten obraz przyszłości instynkt świata stara się wmalować jakiś promień szczęścia. We Włoszech jest ciepło i słonecznie, więc termitom tamtejszym zupełnie źle być nie może. Kościoły, coraz bardziej wkraczające w życie jednostki, obiecują szczęście po śmierci. Rosja zapewnia szczęście naszym prawnukom, co mało pociesza ludzi pozbawionych instynktów dynastycznych.

Niemcy są najuczciwsze: nie obiecują one szczęścia, tylko ogromny szmat ziemi rządzony przez Niemców i ciągnący się od skolonizowanej Syberii po Nancy i Gandawę i od nordyckiego kręgu polarnego po Sycylię Barbarossy. To kolosalne państwo, oczyszczone z wszelkiego indywidualizmu, będzie grząskie od krwi swych synów i krwi wroga, ale odrębne od reszty świata i od reszty świata odosobnione.

Niemcy hitlerowskie po roku

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Stolica i bezrobocie

Pojechałem do Niemiec po całorocznej nieobecności. Chciałem sprawdzić na własne oczy, jakie zmiany tam zaszły. I nie tylko tam, ale także i we mnie. Chciałem sprawdzić, czy moje sumienie, moje poczucie zła i dobra — nie stępiały. Przecież po fali snobizmu na temat Sowietów, przebaczającego temu ustrojowi wszystkie jego niepotrzebne okrucieństwa, wyczuwa się dziś wyraźnie nadchodzący wielki snobizm prohitlerowski. Zaczyna on zresztą panować i wśród Żydów, tak samo jak życzliwość dla endeków czy nieodzowna wzmianka o Golgocie w poezji każdej białostockiej grafomanki.

Drugi ten pobyt w Niemczech hitlerowskich (świadomie unikam określenia „Hitleria”, gdyż daje ono zgoła fałszywe wrażenie, jakoby sam Hitler rządził krajem) dowiódł mi, że zmiany na obydwu niewspółmiernych sobie, ale ważnych dla mnie odcinkach — naprawdę zaszły. Ponieważ typowe objawy rewolucji zakopały się głęboko pod powierzchnię wielkomiejskiego życia, tak że nawet zryta przewrotem ziemia zaczęła porastać trawką normalności — więc moja czujność na sprawiedliwość i cierpienie, na absurd i obcość, stała się roztargniona, lekkomyślna, obojętna.

Dla człowieka w danym kierunku nieusposobionego i obdarzonego czy ukaranego temperamentem entuzjasty — jakże nużącym zajęciem jest szukanie dziury w całym, zwłaszcza, gdy to całe czaruje nas i olśniewa, gdy tkanina społeczna i państwowa wydaje się dla oczu laika bez defektu, gdy jej ufarbowanie na kolor brązowy wypadło, zdawałoby się, wprost znakomicie. Nigdy też badanie jakiejś kwestii czy nastrojów nie przyszło mi z taką trudnością. Przyjechałem do Berlina podszyty jakąś niezwyciężalną lekkomyślnością, jakimś czysto zmysłowym nastawieniem. Obserwowałem i upajałem się powierzchowną stroną zdarzeń i obrazów, a nie chciało mi się wniknąć w ich głęboki sens. Byłem przepojony zabójczą dla badacza życzliwością a priori. Cieszyłem się, że dane mi jest wejść znowu w kontakt z Zachodem, inaczej jak via księgarnia. Berlin pozostaje bowiem nadal najbardziej wschodnią stolicą Zachodu. Słowem, przyjechałem do Niemiec w stanie określonym bliżej słowami „cielęcy zachwyt”, trochę pijany wiosną. A tymczasem warunki zewnętrzne bynajmniej nie sprzyjały otrzeźwieniu. Tiergarten, ten las dębowy przetykany kępami rododendronów, pachniał, jak nie pachnie żaden las, odkąd przed siedemnastu laty wyjechałem z Podola. Każdy przejazd taksówką przez tę centralę świeżego powietrza to był powrót do najczarowniejszego, najzmysłowszego dzieciństwa. Każde spotkanie z młodymi ludźmi — arystokratami, Żydami, hitlerowcami czy bezrobotnymi — budziło żal, że się własnych młodych lat nie wyzyskało w takiej pełni, w jakiej oni potrafili je wyzyskać. Traciłem na chwilę zmysł humoru i myślałem; a nuż lachendes Leben151 miało rację. Każdy wieczór spędzony w podmiejskich willach moich znajomych, gdzie sąsiedzi odwiedzają się motorówkami, choć milionerami nie są; gdzie wszyscy w strojach kąpielowych pędzą przez trawnik wprost z wody do kuchni, aby tam obierać kartofle na improwizowaną, ale jakże świetną kolację, przy której króluje na środku stołu, jak tego wymaga w tym sezonie tradycja, Kalte Ente (nie jest to zimna kaczka, ale kruszon z wina mozelskiego i niemieckiego szampana) — potwierdzał wniosek: ci ludzie potrafią żyć. Sceptyk Słonimskiego szeptał: „Są bogatsi, wysoka stopa życia przyzwyczaiła ich do tego wszystkiego i nie cieszą się tym”152. Ale wystarczyło mi popatrzeć, jak berlińska biedota wyrusza rowerami lub zgoła pieszo na zieloną trawkę w niedzielę rano, zobaczyć ich do głębi pogodne, a nie bydlęce twarze — aby przekonać się, że Bóg obdarzył Niemca geniuszem szczęścia indywidualnego, a ukarał go niezdrowym dążeniem do organizowania zbiorowości. Nie jest to żaden paradoks. Piękny dorobek kulturalnych Niemiec pochodzi z epoki ich „rozproszkowania” na dziesiątki odrębnych państewek. Zwiedzałem znowu, po raz nie wiem który, w muzeum berlińskim dział rzeźby gotyckiej, a także późniejszej, ale zawsze anonimowej. Jest genialna, a widać, że nie urodziła się na chwałę des totalen Staats, lecz tylko dlatego, że nieznany rzeźbiarz lubił rzeźbić, że był pobożny i zdolny, że chciał ozdobić swój kościół lub przysporzyć sławy swojej mieścinie. Znam dobrze Polaków, Rosjan, Skandynawów, Francuzów, Włochów, Anglików i Amerykanów, ale nikt wśród nich nie wyciśnie z niedzieli w maju tyle duchowych witamin co Niemcy. A na zakończenie tego wstępu, ażeby znaleźć się uczciwie wobec czytelnika, powiem to, co powinno być ostateczną konkluzją zamykającą moje artykuły: wróciłem z Niemiec równie nienawrócony do narodowego socjalizmu, jak zupełnie pod urokiem Niemców; tych, których znałem dawniej, których poznałem teraz, jak również tych trzecich, których nie dane mi było poznać, ale których prostą życzliwość odczułem tak ciepło, mijając ich na ulicy.