Niemiecki celnik budzi mnie w nocy nagłym okrzykiem Heil Hitler! Tak dalece jestem na to nieprzygotowany, że oglądam się mimo woli, gdyż mignęło mi przez zaspaną myśl, że Hitler znajduje się może w przedziale, tylko go dotąd nie zauważyłem. Jest w tym pozdrowieniu, które rok temu jeszcze nie istniało, coś tak nieskierowanego do witanej osoby, że trudno się do tej formy towarzyskiej, raczej narodowej, przyzwyczaić. W sklepie czy na stacji benzynowej biedny cudzoziemiec jest nagle zmuszony do konieczności wyboru pomiędzy tchórzostwem, które chętnie chrzci mianem kurtuazji, a uzewnętrznieniem swej odrębności narodowościowej, politycznej, ideologicznej lub po prostu swego konserwatyzmu „powitalnego”. Zabłądziwszy do gospodarczych suteren hotelu Bristol, ujrzałem porozklejane na ścianach kotłowni centralnego ogrzewania, lodowni, pralni itp. plakaty z napisem: Hier wird nur deutsch gegnisst153 — Heil Hitler! Zresztą w takiej świątyni kosmopolityzmu, jaką jest każdy wielki hotel berliński, te objawy ducha narodowego muszą się chować po piwnicach, niczym po katakumbach: powyżej powierzchni chodnika nie ujrzysz ich nigdzie. Tylko raz słyszałem w jednym z wytwornych barów dyskusję, podczas której elegancka pani oznajmiła, że nigdy nie mówi Heil Hitler!, ale samo Heil!, gdyż uważa pełną formę pozdrowienia za wzywanie „imienia Führera swego nadaremno”.
Po pierwszych chwilach spędzonych na ulicy zaraz widać, jak dalece liczba mundurów zmalała, a flagi wiszą tylko tam, gdzie naprawdę coś oznaczają. W zeszłym roku były one po prostu objawem lojalności mieszkańców danego domu lub właścicieli przedsiębiorstwa. Ci z moich znajomych, którzy rok temu stale paradowali w brązowej koszuli lub w czarnym wykwicie esesmanów — dziś nakładają mundur jedynie w czasie służby. Oczywiście do zmniejszenia liczby osób mundurowych przyczyniło się zlikwidowanie niemieckonarodowych oraz Stahlhelmu. Członkowie Stahlhelmu, choć wcieleni do SA, wolą dziś chodzić po cywilnemu.
Sklepy świetne, pełne pięknego towaru, choć przedmiotów wielkiego zbytku poza samochodami nie widać. Ruch w tych sklepach jest także znacznie bardziej ożywiony niż rok temu.
Cudzoziemców jest też więcej, choć zapewne mniej niż procent normalnego ruchu sprzed dwóch lat. Mała liczba gości zagranicznych sprawia, że Berlin robi wrażenie trochę oddalonego od reszty świata. W rozmowach ze znajomymi uderza, jak wiele faktów, o których wie w Polsce przeciętny czytelnik gazet, jest im zupełnie nieznanych: zainteresowanie sprawami wewnętrznymi zbyt wszystkich pochłania.
*
Jest jeden kontakt z Zachodem, który nie został zerwany, a mianowicie kontakt z modą paryską. Kobiety dalej ubierają się świetnie, używają szminek, chodzą z wykarminowanymi ustami i paznokciami. Jeżeli się utleniają — to nie z powodów nordyckich. Słowem, moda narodowa zarówno w Berlinie, jak i we wszystkich innych większych ośrodkach miejskich nie chwyciła. Kobiety palą, obnażają się, gdzie i jak tylko mogą. Zwyciężyły Urząd Mody Narodowej, o którym jakoś głucho. Podobno czasem na prowincji, gdzie miejscowe damy zawsze hołdowały modzie pokrowcowej, kobieta zbytnio wyfioczona może spotkać się z wymówką uzasadnioną hasłami partyjnymi sprzed roku — ale to wszystko.
Ceny na ogół trwają na tym samym poziomie i dalej istnieje ogromna rozpiętość pomiędzy maksymalnym budżetem przeciętnego berlińczyka a minimalnymi wydatkami przyjezdnego. W Berlinie trudniej jest „urządzić się” tanio, kiedy się nie jest odpowiednio wprowadzonym, niż w jakiejkolwiek innej stolicy Europy. Wygląd ulicy stał się znacznie normalniejszy. Kawiarnie pełne, przechodniów mnóstwo. Ruch kołowy wzmożony i w dodatku zasilony wielką liczbą wspaniałych aut. Wyraźnie i w sklepach, i na ulicy daje się wyczuć, że w obrocie jest więcej gotówki. W niektórych z tych pięknych, nowych, luksusowych samochodów siedzą Żydzi. Jak się to wszystko tłumaczy? Otóż rok temu i Żyd, i junkier, i przemysłowiec, i kupiec — nie wiedzieli, jaki obrót wezmą sprawy. Dziś ustabilizowanie, co tu gadać, jest znacznie bardziej zasadnicze. Pomimo że położenie gospodarcze jest nadzwyczaj ciężkie, a ingerencja państwa w sprawy ekonomiczne jednostek przemożna — przeciętny Niemiec może sobie dziś stworzyć mniej więcej rozsądny preliminarz budżetowy; zwłaszcza dla rentierów jest to możliwe, a zdumienie bierze, ilu pomimo katastrof i inflacji pozostało jeszcze tych rentierów.
Gwarna ulica Berlina pozostaje gwarną do późnej nocy. Znowu można zaobserwować czysto berliński fenomen: skromna piwiarenka, w której szoferzy taksówek i inni maluczcy tego świata grają w szachy lub bilard, jest otwarta i rozbrzmiewa wesołymi rozmowami do trzeciej rano, i to nie tylko w soboty. Cóż dopiero mówić o prawdziwych „nocnych lokalach”. Rok temu o pierwszej nie było już w nich żywej duszy — dziś o trzeciej, kiedy zapada „szpera”154, trzeba z naciskiem wypraszać gości. Lista tych lokali także znacznie się wydłużyła i dalej wydłuża. Widać, że zanim minie jeszcze rok, Berlin pod względem życia nocnego powróci w dużej mierze do swej „weimarskiej formy”. Fala purytanizmu stanowczo załamała się i jedynym jej objawem zewnętrznym jest mała liczba prostytutek. Podobno wiele z nich znajduje się w obozach pracy.
Świat cyganerii posiada znowu kilka doskonałych knajp. Są one przeważnie prowadzone przez Żydów, którzy zniechęceni warunkami panującymi przed rokiem pojechali spróbować szczęścia w Paryżu, ale wkrótce zatęsknili za Berlinem i teraz organizują dla berlińczyków świetne nastroje za skromną cenę ein kleines helles155 lub ein Mocca. W lokalach tych spotkać można różne ważne figury rządowe w mundurach i po cywilnemu. Wejście ich nie stwarza zeszłorocznego popłochu. Witają się serdecznie z niearyjskim gospodarzem, nie psioczą na muzykę jazzową, nie żądają grania marszów. Natomiast sam pianista o wybitnie krogulczych rysach, zupełnie spontanicznie, po zanuceniu ostatniego nowojorskiego szlagieru nagle zaśpiewa: Ich hab’ mein Herz in Heidelberg verloren156.
Ten i jemu podobne motywy krajowe, i to nie tylko w muzyce, zyskały sobie ogólnie prawo obywatelstwa. Dawniej taka pieśń w nocnym lokalu berlińskim byłaby wyśmiana. Snobizm na produkcję zagraniczną był wszechwładny i bardziej niż gdziekolwiek rozpanoszony. Dzisiaj pianista-Żyd nie śpiewa o Heidelbergu z wyrachowania, przeciwnie — ze szczerego sentymentu. Czar doliny Neckaru przemawia doń z tylu plakatów i publikacji, propaganda piękna i uroku krajów niemieckich jest prowadzona tak energicznie, że choć może nie uda jej się udowodnić, iż piękno Nadrenii lub Würzburga jest zasługą Hitlera czy partii — ale świadomość istnienia tych wielkich zapasów piękna wsiąkła optymizmem w podświadomość wszystkich bez wyjątku.