Takie więc naskórkowe wrażenie robi Berlin w drugim roku Trzeciej Rzeszy. Lecz nierównie ważniejsze od „wzorków i obrazków” są nastroje, tak zawsze trudne do zbadania tam, gdzie panuje dyktatura, a w obecnych Niemczech bardziej niż gdzie indziej. Każdy boi się własnego głosu, własnej indywidualnej myśli. Chyba tylko w Rosji Sowieckiej jest pod tym względem jeszcze smutniej. Istnieje jeden pewnik: rząd narodowosocjalistyczny posiada całkowite poparcie mas, i to w pełniejszym stopniu niż rok temu. O inteligencji będziemy mówili potem. Ale masa narodu, tak strasznie chora na raka bezrobocia, widzi przed sobą nadzieję i wierzy w możliwość wyzdrowienia. Najsceptyczniejsi, a raczej najbardziej niechętni czy też partyjnie w przeciwnym kierunku zaangażowani — przyznają, że bezrobocie zmalało o połowę. Mój znajomy Kurt, o którym pisałem w ubiegłym roku, dalej jest pełen kostycznych opowiastek, ale w rozmowę często wplątuje takie zdania: „Cóż chcesz, możemy dużo pyskować, ale kiedy tych sześćdziesiąt tysięcy bezrobotnych SA, które liczy Berlin, dostanie pracę (bo oni mają pierwszeństwo), to może i na mnie przyjdzie kolej”.
Jak jest naprawdę ze zmniejszeniem bezrobocia? Angielski dziennikarz przestrzega mnie przed braniem na serio statystyk. Jak powiada, nie było jeszcze rządu na świecie, który tyle, zawsze i czasem zupełnie bez potrzeby kłamał. Zupełna i systematyczna pogarda dla prawdy jest wielkim ułatwieniem w rządzeniu krajem. Ale słowa Anglika też trzeba brać cum grano salis157.
Anglosascy dziennikarze, którzy przez lat piętnaście byli niestrudzonymi bojownikami o prawa Niemiec, przedzierzgnęli się w najzawziętszych wrogów Trzeciej Rzeszy. Hitleryzm nigdzie nie wywołuje tak po prostu fizycznej reakcji wstrętu, jak w Anglii i Stanach Zjednoczonych. W Berlinie można spotkać Francuza lub Polaka, którzy będą tłumaczyli albo usprawiedliwiali jakieś poczynania narodowych socjalistów. Ale Anglik nie dyskutuje: w czambuł potępia wszystko i od wszystkiego odwraca się z pogardą. Występuje tu bardzo jaskrawo rozbieżność temperamentów tych dwóch nordyckich pobratymców. Brak zmysłu humoru hitlerowskich Niemiec doprowadza wyspiarzy i jankesów do szału. Dowodem tego były incydenty na niedawnym międzynarodowym zjeździe studentów w Berlinie, na którym młodzież angielska, dziś w większości radykalna i lewicowa, zachowywała się wprost prowokacyjnie, wyśmiewając głośno wszystkie „nadbudowy hitlerystyczne”. Ostentacyjnie nie wstawała, nie salutowała, piła piwo byle jak — słowem — sprzeciwiała się skoszarowaniu towarzyskiemu, choćby na krótki czas zjazdu.
Powróćmy do bezrobocia. Statystyki statystykami, ale zmniejszenie liczby bezrobotnych jest rzeczywiście bardzo znaczne. Wystarczy udać się do dzielnic, w których ci nieszczęśliwcy byli skoncentrowani i przekonać się osobiście, że i tam istnieją dziś kobiety, które znowu chodzą co rano na targ. Jak osiągnięto to wzmożone zatrudnienie? Tak, niestety, łamanymi sztukami. Można dziś w Niemczech stwierdzić, że etatyzm posiada swoje dobre strony, chodzi tylko o to, ażeby to, co zadziała, dawało rękojmię trwałości. Zmuszanie gospodarza wiejskiego do przyjęcia jednego lub dwóch „nadetatowych” parobków, i to w dodatku może jeszcze mieszczuchów, wydaje się sposobem wysoce sztucznym i niewróżącym nic dobrego dla harmonijnego prowadzenia gospodarstwa, chociaż obmyślono wiele skomplikowanych oraz życzliwie pomyślanych sposobów, aby osłodzić tę pigułkę. Roboty publiczne, jak drogi, koleje, kanały, regulowanie rzek, osuszanie bagien i lagun nadmorskich, budowa osiedli robotniczych — wszystko to przy pomocy bezrobotnych przyjmowanych z wolnego najmu lub też z obozów „dobrowolnej” pracy — jest niezaprzeczalnie wysoce pożyteczne dla kraju i skuteczne w zwalczaniu głodu pracy. Ale po pierwsze, jest to stwarzanie obiektów nierentownych, nieprodukcyjnych i których à la longue158 stwarzać nie można, gdyż łatwo obliczyć czas, w którym nastąpi nasycenie; po drugie, na to wszystko potrzebne są pieniądze. Niemieccy optymiści twierdzą, że na samą budowę „koniecznych” szos potrzeba przynajmniej dziesięciu lat przy dzisiejszym, czyli maksymalnym, tempie pracy. To obliczenie wygląda rzeczywiście bardzo optymistycznie, zwłaszcza dla cudzoziemca ze Wschodu, dla którego niemieckie „konieczne” wydaje się jak niezbędność piątego diademu jakiejś ekscentrycznej Mrs. Nash.
Finansowanie tych robót jest już dziś sprawą z punktu widzenia skarbowego niedorzeczną. Zadłużanie się na cztery budżety naprzód, wypisywanie kwitów: jestem winien budżetowi na lata 1937–1938 tyle a tyle, a potem dyskontowanie tych kwitów w Reichsbanku — to wszystko są operacje tak dalece groźne, że każdy laik na polu gospodarczym łatwo to chyba zrozumie. Znajomy mój Amerykanin, któremu o tych oczywistych niebezpieczeństwach mówiłem, zatrzymał mój potok argumentacji: „Ty się o Niemców nie kłopocz. Odszkodowań nie płacą i nie zapłacą. Długów państwowych nie płacą i nie zapłacą: ani kapitału, ani odsetek. Podobnie rzecz się ma z wierzytelnościami prywatnymi. Zobaczysz, że konferencja transferowa przyniesie korzyści jedynie Niemcom. Wojny o pieniądze nikt z nimi prowadzić nie będzie. Nasz rząd w Waszyngtonie posierdzi się, zakaże ostro prywatnym finansistom zadawania się z Niemcami, a nie miną dwa lata, jak bankierzy nowojorscy będą płaszczyli się i błagali Niemców, aby zechcieli przyjąć pożyczkę. Może pożyczki te będą umieszczane rozważnie, w indywidualnych, zdrowych przedsiębiorstwach pod dostateczne zabezpieczenia, ale tak czy inaczej Niemcy pieniądze mieć będą”. Nie podzielam całkowicie zdania mego przyjaciela, ale podaję je jako ciekawe i znamienne dla nastrojów.
Co przyniesie daleka przyszłość (daleka — w czasach, w których się żyje z dnia na dzień), tym sobie stary człowiek z ulicy nie zaprząta głowy. On wie tylko, że jest lepiej i że mówią mu, krzyczą, piszą, malują, wyświetlają — że będzie jeszcze lepiej.
Głównym urokiem Berlina jest dziś codzienna konstatacja, że o tyle rzadziej widzi się twarz młodą a zupełnie zrozpaczoną, czy jak dawniej czasem bywało, nawet złą z rozpaczy. Uśmiechu jest więcej. Wielkie to bogactwo. Tylko zachodzi pytanie zasadnicze: czy rok albo dwa lata uśmiechów i nadziei, lub też nawet chwilowego zawieszenia broni w walce z zimnem, głodem i nudą, są zdobyczami pozytywnymi, jeżeli po tej przerwie ma nastąpić powrót do kryzysowego status quo. Czy będzie to „odsapka” dla skołatanych nerwów, czy też tylko odskocznia w głębszą, czarniejszą rozpacz? Pytania takie i im podobne nie dają mi spokoju podczas całego mego pobytu w Berlinie. Boję się prawie poruszać ten temat w rozmowie z Niemcami. Niech się cieszą dopóty, dopóki to trwa. Nie chcę siać zwątpienia, bo tu chodzi o rzeczy złe i straszne. Mam ciągle wrażenie, że obracam się dookoła czegoś bardzo pięknego, ale bardzo kruchego, że nie można oddać się całkowicie zachwytowi: wszystko psuje myśl — czy to nie efemeryda? Żal ściska za gardło na myśl, że ci wszyscy zdrowi, pracowici ludzie zapatrzeni są w krótkotrwały miraż.
Jeszcze jedna refleksja. Jakiż wdzięczny materiał ludzki ci Niemcy. Dają im głodową pensję, tylko szczupłą nadzieję na pracę — a oni już sami wydobędą z siebie zdumiewająco wielką dawkę pogody i szczęścia.
Prawie przypadkiem napisało mi się słowo „głodowe pensje”. Otóż tak: na robotach publicznych czy w obozach pracy — wszędzie wynagrodzenia są dosłownie głodowe, minimalne. W obozach ludzie są przynajmniej wyżywieni, odziani i nie potrzebują troszczyć się o dach nad głową, choć skądinąd leży już w naturze ludzkiej chęć rozporządzania własnym zarobkiem; zarobek ten, otrzymywany na rękę, to sumy groszowe. Ale „wolnym najmitom” — praca rzeczywiście nie przyniosła dobrobytu. Z ust moich informatorów padały takie cyfry, jak pięćdziesiąt pięć marek miesięcznie łącznie z dodatkiem mieszkaniowym, co na niemieckie stosunki nie jest o wiele więcej niż pięćdziesiąt pięć złotych w Polsce. Powiedzmy, że to jest może najniższa kategoria płacy, choć wiem dobrze, że zróżnicowanie wynagrodzeń jest minimalne i że zasady demokratyczne są ściśle przestrzegane: jest rzeczą pewną, że kwestia płacy zbyt świetnie się nie przedstawia. Czy ten niski poziom zarobków wywoła rozgoryczenie? Objawów tego jeszcze nie widać, a gdyby istniały, nie byłoby łatwo przekonać się o nich. Przecież prasy bezstronnie informującej nie ma, związków zawodowych też, więc tylko jakieś ogromne, masowe strajki i rozruchy oznajmiłyby światu, że wrzenie istnieje.
Nikt w Niemczech nie boi się jakiejś gwałtownej reakcji czy protestów ze strony licho wynagradzanych robotników przy obecnym ustroju policyjnym, gdzie co dwudziesty piąty członek Arbeitsfrontu, czyli robotnik, powinien być konfidentem urzędu bezpieczeństwa — masowe ruchy były nader utrudnione. Ale istnieje uzasadniona obawa całkowitego upadku na duchu wśród rzesz robotniczych, jakiejś zbiorowej depresji psychicznej, z biegiem czasu zaraźliwej i dla sfer rządzących, i nic dobrego niewróżącej krajowi. Łatwo sobie wyobrazić podświadomy proces myślowy takiego świeżo pracującego robotnika. Nie pracował, gdyż na skutek wojny był kryzys, a on był ofiarą tego kryzysu, czyli poniekąd ofiarą wojny, bohaterem; podkreślano wciąż, że z taką godnością i spokojem znosi swą nędzę. Był jednak zawsze świadom tego, że jest depozytariuszem tego wielkiego waloru, jakim jest jego zdolność do pracy. Teraz tę zdolność zużytkowano i okazało się, że ten wielki skarb wart jest dla narodu pięćdziesiąt pięć marek miesięcznie — nawet nie dosyć, aby w najskromniejszych warunkach utrzymać pojedynczego człowieka. Jest więc, jak się okazuje, zwierzęciem pociągowym, którego w obozach karmią i doglądają, ale zwierzęciem widocznie nie bardzo potrzebnym, skoro tak mało cenionym.