Oto blaski i cienie problemu bezrobocia w Trzeciej Rzeszy.
„Wiadomości Literackie” 1934, nr 25 (552).
Czy istnieje opozycja?
Przy badaniu fenomenu, jakim jest ustrój narodowosocjalistyczny, nasuwa się wciąż pytanie: jaka jest opozycja i gdzie należy jej szukać? Przychodzi się jednak do wniosku, że tymczasem właściwie czynnej opozycji nie ma, a odnaleźć zarodki i niedobitki to sprawa niebezpieczna i niełatwa. Normalnie szuka się głosów opozycji w prasie, a właśnie o prasie niemieckiej można ze stuprocentową pewnością zaręczyć, że z opozycją nie ma nic wspólnego. Rok temu można było jeszcze wyczytać coś między wierszami w niektórych dziennikach, o tyle teraz jest rzeczą zupełnie obojętną, jakie pismo weźmiemy do ręki. Dowodem, do jakiego stopnia rewolucja narodowa w zupełności i zwycięsko zawładnęła krajem, jest fakt, że przestano operować słowem bardzo modnym i brzemiennym w znaczenie, jakim było Gleichschaltung. Za ostatniej mojej bytności nie słyszałem tego słowa ani razu, nie widziałem go też w druku. Może to przypadek, ale bardzo znamienny. Wszystko zostało gleichschaltet159, więc i prasa. Kłamliwa jest, nudna niepomiernie, bezbarwna i bez temperamentu, nie mówiąc już o jakimkolwiek zacięciu publicystycznym czy politycznym.
I z kim tu polemizować, kiedy wszyscy jednakowo piszą i oficjalnie jednakowo myślą. Nie wiem doprawdy, co się stało z dobrymi, ciętymi piórami dziennikarskimi Berlina. Zapewne brak swobody twórczej „oskubuje” dziennikarstwo i odbiera werwę, bo wiem skądinąd, że wszyscy Żydami nie byli i że niektórzy nie opuścili swych redakcyjnych biurek. Nuda jednostajności tonu, poglądu, zainteresowań i tematu wywołała też pewną martwotę stylu. Używa się bezwstydnie wszystkich gotowych i wyświechtanych banałów oraz „numerków” dziennikarskich. Czasem jakiś artykuł wydaje się wprost parodią, a przy tym często spotyka się próbki godne Wiązania grzecznej Helenki160 pani z Tańskich Hoffmanowej. Gdyby ci ludzie pisali po polsku, od zwrotów takich jak „nasi milusińscy” roiłoby się na szpaltach pism.
Goebbels jako minister propagandy w styczniu bieżącego roku wydał orędzie zachęcające do nadania pismom indywidualnego oblicza oraz do konstruktywnej krytyki reżimu. Zaznaczył przy tym, że uniżoność i wiernopoddańczość prasy nieznośnie nuży. Powołując się na powyższe oświadczenie pana ministra, redaktor najbardziej prawomyślnej i bardzo popularnej wśród rolników „Grüne Post” napisał artykuł, w którym nadzwyczaj dyskretnie krytykuje stosunki panujące w prasie pod rządami Goebbelsa. Za to odezwanie się „Grüne Post” zostaje zawieszona na trzy miesiące. Za nieszczęśliwie umieszczony znak zapytania, który cenzura uznała za wyraz sceptycyzmu, jedno z wielkich pism kolońskich zostało tak samo ukarane. Sporadyczne konfiskaty są zresztą na porządku dziennym, a pamiętać należy, że wszystkie pisma są przecież prorządowe. Ale komentowanie nowej religii, jaką jest narodowy socjalizm, religii o nieskrystalizowanych dogmatach liturgii, nie jest rzeczą prostą.
O herezję nadzwyczaj łatwo, zwłaszcza że to, co było ortodoksyjne wczoraj, może już dziś trącić odszczepieństwem. Incydent z „Grüne Post” wywołał w parę dni później nowy dekret Goebbelsa na temat, powiedzmy, wolności prasy. Jest to moment hipokryzji, mydlenia oczu i mętności. Znowu spotykamy się z zachętą do krytyki konstruktywnej. Nie podano, niestety, bliższego określenia, co należy uważać za konstruktywne. Redaktor ma być osobiście odpowiedzialny za każde krytyczne odezwanie się w jego piśmie, a jedyną wskazówką w dekrecie jest wyraźne zaznaczenie, że prawo krytyki jest wyłącznym przywilejem narodowych socjalistów i tylko tych, którzy od początku istnienia partii brali czynny udział w walce o władzę.
Oczywiście nikt nie wierzy, że tego rodzaju dekret „rozwiąże pióra” dziennikarzom niemieckim. Dalej będą przemilczali, przeinaczali i bezczelnie kłamali, jak i kiedy im każą. Będą nadal poświęcali pół pisma jednemu tematowi, jeżeli rząd tego zapragnie. Takim tematem jest od czasu do czasu Austria, która w okresach napiętych stosunków zajmuje nieproporcjonalnie wiele szpalt, choć agresywność tonu jest obecnie poniekąd trzymana na uwięzi. Rozbawił mnie jednak artykuł komentujący uchwalenie nowej konstytucji austriackiej. Jak wiadomo, zaczyna się ona, jak polska konstytucja, „w imię Boga”. Wprowadza to w oburzenie „Der Tag”, który pyta się, jakim prawem powołują się w Wiedniu na Stwórcę, kiedy konstytucji nie proklamowali tam ani monarcha, ani rewolucja narodowa. Jak rok temu, tak teraz zdziwiła mnie łatwość i „prawność”, z jaką można nabyć każde prawie pismo zagraniczne. Uważam, że najlepszym źródłem wiadomości z Niemiec są „Basler Neueste Nachrichten”, znacznie bardziej interesujące się sprawami Rzeszy niż Szwajcarią. „Times” także przynosi codziennie jakąś przemilczaną w Berlinie sensację i w ogóle podaje w formie skoncentrowanej naprawdę wszystko, co o Niemczech wiedzieć należy. Oba te pisma są wyraźnie i ostro sceptyczne w stosunku do dzisiejszych Niemiec, choć, rzecz prosta, ton „Timesa” jest znacznie agresywniejszy. Pytam o powody tej tolerancji w udzielaniu debitu prasie zagranicznej, kiedy istnieje taka dbałość o „czystość” własnych periodyków. Odpowiedź brzmi: przeciętny Niemiec czyta „swojego kurierka”, a gdy zostanie on zawieszony, przerzuca się na inne miejscowe pismo o najbliższej „aurze”. Objaśnienie to wydaje mi się z hitlerowskiego punktu widzenia nieco optymistyczne, gdyż jak tu wytłumaczyć, że prawie każdy kiosk czy kosz z gazetami we wszystkich dzielnicach miasta jest tak hojnie zaprowiantowany w pisma cudzoziemskie. Przecież właśnie w Berlinie cudzoziemców obecnie prawie nie ma. Prawdą jest znowu, że nie spotka się berlińczyka czytającego w miejscu publicznym takie obcokrajowe pismo, ale ktoś jednak kupuje te tony makulatury i widocznie pod płaszczem czy marynarką zabiera do domu. Wprawdzie gdyby zabroniono zagranicznej prasy — zostałoby jeszcze radio. Dopiero teraz dowiedziałem się, że na odbiornikach niemieckich rozgłośnie sowieckie nie są wcale oznaczone. Słuchanie Moskwy, i to w dodatku podczas nadawania programu w języku niemieckim, jest karane więzieniem. Co daje pole do donosów!
Za to dodatki ilustrowane do dzienników czy też pisma ilustrowane w typie „Berliner Illustrtier Zeitung” powróciły do przedhitlerowskiego poziomu, podając zdjęcia aktualne z całego świata, a nie jak przed rokiem wyłącznie z Niemiec. Poziom „magazynów”, jak świetnego ongiś Querschnittu i jemu podobnych, jest dalej opłakany w porównaniu z przeszłością, choć jeszcze znacznie przewyższa niderlandzką nizinność tego rodzaju wydawnictw w Polsce.
W jednym z takich ilustrowanych pism znalazłem reprodukcję serii karykatur sowieckich, demaskujących marny stan kolejnictwa w Rosji. Tekst niemiecki podkreśla tylko fakt, że rosyjskie „drogi żelazne” muszą rzeczywiście być na „wykończeniu”, skoro prasa sowiecka tak otwarcie przyznaje się do tego. Lecz mój myślowy komentarz był całkiem inny, a mianowicie, że w Trzeciej Rzeszy autokarykatury są rzeczą nie do pomyślenia.