W dziedzinie formy plastycznej, którą przybiera humor w Niemczech, odwrócono się całkowicie od genialnego Grosza161 oraz od „ran społecznych”, wskrzeszono natomiast tradycję Buscha162. Mąż późno powracający do domu z obawą w sercu przed złością małżonki — oto kamerton dowcipu w prasie.
Zjawił się oczywiście i przedwojenny sentymentalizm, który mnie osobiście bynajmniej zresztą nie drażnił. Po weimarskim okresie „zmysłu humoru” sentymentalizm powrócił na dawne stanowisko. Nie będę się nawet silił wytłumaczyć tego fenomenu, gdyż mądrzejsi ode mnie bezskutecznie łamią sobie nad nim głowę. Mniejsza o powody. Daj Boże zresztą tym sentymentalnym Niemcom wszystko najlepsze wraz z ich cukierkowym sentymentalizmem. Jest to ostatecznie cecha odrębności narodowej, która jak wszystkie jej podobne, daje barwności rodzinie narodów, a że z natury jej wypływa czy wypływać powinno łagodzenie charakterów, a nie zaognianie sytuacji — więc nie należy zbytnio wyśmiewać teutońskiej ckliwości.
Na zakończenie tych paru uwag o prasie warto zanotować ciekawe zjawisko. Otóż PAT163 ma w Berlinie świetnie zorganizowane, sprawnie działające, przez fachowych, pracowitych i inteligentnych ludzi obsłużone biuro. Pracuje ono dzień i noc i dostarcza centrali w Warszawie nadzwyczaj bogatego, dokładnego, wszechstronnego materiału. Podczas obydwu moich pobytów w Berlinie często miałem sposobność materiał ten przeglądać, ale próżno go potem szukałem w polskiej prasie. Doprawdy, jest to zdumiewające. Cóż ze spraw zagranicznych może być dla Polski bardziej zajmujące niż wiadomość o tym, co się dzieje u zachodniego sąsiada, z którym nie posiada ani geograficznej, ani gospodarczej granicy naturalnej, z którego doświadczeń może tak łatwo skorzystać, zważywszy, że ustroje nie są tak znowu diametralnie odrębne.
Dosyć o prasie. Widzimy, że jako źródło czy głośnik możliwej opozycji prasa po prostu nie istnieje. Czy gdzie indziej ukrywa się i czy warto jej szukać? Junkrzy, którzy choć po cichu, ale systematycznie są dalej gnębieni, okazują się całkiem nie tak butni, jak się przypuszczało. Siedzą w swych majątkach zubożali, rozgoryczeni, nadąsani, głównie jednak wystraszeni. Starzy liderzy socjalizmu milczą. Jest rzeczą charakterystyczną, że nie było wypadku, aby ktoś wypuszczony z więzienia lub obozu koncentracyjnego już nie tylko opisał (bo nie ma gdzie), ale nawet dobrym znajomym opowiedział o swych przeżyciach w Schutzhafcie. Informacji tej udzielił mi pewien socjalista, którego dziesiątki znajomych „przesiedziało” od kilku dni do kilkunastu miesięcy. Z żadnego z nich nie zdołał wycisnąć czegoś, co by nie było oczywistym banałem. Zresztą pierścień terroru został tak hermetycznie zamknięty, tak idealnie spojony, że działa dziś bez potrzeby uciekania się do okrucieństw czy środków drastycznych. Wszyscy dobrze wiedzą, że za niewczesne żarty idzie się do obozu, choć już bez uprzedniej chłosty. Nie słychać też obecnie o nagłych zgonach lub samobójstwach w „zakładach zamkniętych”. Zdaje się, że metody sprzed roku stosowane są wyłącznie dla utrzymania karności wewnątrz partii. Przykład. Zanotowano stosowanie okrucieństw przez władze więzienne w Szczecinie. Urzędników więziennych aresztowano, a naczelnika osadzono w berlińskim Moabicie164, gdzie — jak doniosła prasa — popełnił samobójstwo. Słowem, w porównaniu z rokiem zeszłym — idylla.
Działają jedynie komuniści. Wykazują prawdziwe bohaterstwo. Wydają nadal na powielaczu swoje misternie kolportowane pisemko, o którym rok temu pisałem. Pracują trójkami, tak że każdy pochwycony i zmuszony do wyznań może „wsypać” tylko dwóch swych współdziałaczy, gdyż nie zna innych. Lekką konsternację wśród władz bezpieczeństwa spowodował niedawno nad ranem wypisany czerwoną farbą przez całą szerokość jezdni na kilku najgłówniejszych arteriach miasta napis: Kommunismus lebt noch!165. Szorowanie ulic „odchodziło” potem z dziką energią. Rozważając wszystkie możliwości ewolucji lub też nowej rewolucji w Niemczech z przedstawicielami wszelkich poglądów i klas społecznych — wszędzie spotkałem się z kategorycznym zaprzeczeniem co do możliwości przewrotu komunistycznego. Przeciwnie, w razie dojścia do głosu elementów bardziej mieszczańskich, bardziej tolerancyjnych, o duchu bardziej weimarskim, zdziesiątkowana dziś partia komunistyczna musiałaby się jeszcze bardziej skurczyć, nie mając przed sobą tej czerwonej płachty (porównanie w tym wypadku niefortunne), jaką jest dla niej narodowy socjalizm.
Nie zgadza się jednak z tym ogólnym zdaniem stary Rosjanin, Wasilij, służący moich znajomych. Był on ordynansem jakiegoś rosyjskiego magnata, uciekł z nim przed piętnastu laty do Niemiec, mieszka z nim w jednym pokoju i zarabia na magnata i na siebie. Cudny to typ i rara avis166 wśród na ogół nie tak znowu dodatnich typów starego reżimu. Otóż Wasilij twierdzi, że z zachowania się i tonu Hitler jest typowym Żydem, że cała robota podobna jest do tego, co się działo w 1917 roku w Rosji, tyle tylko, że tymczasem bogatych ludzi nie ruszają. Jest to wielki plus, zdaniem dienszczika167, który ma mocną wiarę w potrzebę i w pożyteczność społeczną wielkich fortun. Pytam go też, czy jego państwo, jedni z najbogatszych ludzi w Niemczech, dużo tej zimy przyjmowali. Odpowiada, że nie. Jesienią dali jeden wielki i wystawny obiad, ale kucharka opowiedziała o tym przyjęciu swemu krewnemu z SA i skutek był taki, że w kilka dni potem przyszli kwestarze z partii narodowosocjalistycznej i wypomnieli niedostateczność zaofiarowanego w swoim czasie na cele partyjne datku w porównaniu z pieniędzmi, które kosztowało przyjęcie.
Opinii naszego mużyka o wielkich fortunach nie zdaje się podzielać rząd Hitlera, a będąc w wysokim stopniu demagogiczny (i tu przyjemnie raz jeszcze zauważyć kompletny brak demagogii w poczynaniach polskich rządów pomajowych), co się zresztą niczym nie tłumaczy u rządu obdarzonego tak absolutną władzą, podsyca różne apetyty mas mglistymi obietnicami, że ewentualnie wszystko musi należeć do „narodu”. Masa ta, widząc wzmożone zatrudnienie i skrzętnie słuchając wszelkich zapewnień, że właśnie jej należy się całe bogactwo kraju, stoi, oczywiście, mocno za rządem. Jest przy tym jeszcze mniej obdarzona zmysłem humoru niż inteligencja, więc próżno na twarzach gminu (czemu nie użyć tego słowa?) szukać tego uśmiechu czy wyrazu zblazowanego znudzenia, które czasem zdołałem spostrzec na twarzach inteligentów patrzących na nieustanny korowód „szop i hec” propagandowych i patriotycznych. Rzecz prosta, i wśród tych mas daje się słyszeć pewne narzekanie, choć jest ono nadzwyczaj dyskretne. Główna bolączka zresztą nie tylko niezamożnych, ale także w ogóle zarobkujących, to zupełnie u nas nieznana wysokość świadczeń socjalnych, odciąganych od każdego wynagrodzenia. Są w tym ubezpieczenia kilku rodzajów, przymusowe składki na partię jako taką, na partyjny związek zawodowy itp. A z podatków istnieje już od jakiegoś czasu podatek od kawalerów, z którego dochody mają rzekomo służyć na stypendia dla nowych niezamożnych małżeństw. Istnieją pewne kategorie wynagrodzeń, które, zanim dojdą do rąk pracownika, maleją aż o trzydzieści procent swej nominalnej wysokości na liście płac.
Innym znów objawem braku idealnego entuzjazmu dla poczynań rządu są usiłowania wykręcania się od służby w obozach pracy. Objaw to charakterystyczny głównie dla drobnej inteligencji miejskiej. Nie potrafiłem wprawdzie zbadać dokładnie kwestii rekrutacji dla tych obozów, wiem jednak z całą pewnością, że służba ta jest jeszcze dobrowolna. O ile wiem, do obozu idą zasadniczo tylko bezrobotni, z wyjątkiem studentów wyższych uczelni, dla których służba pracy jest obowiązkowa. W tej sferze zresztą istnieje pewien ideologiczny zapał do tego obowiązku. Zasadniczo jednak zwyczajny bezrobotny mógł sobie nadal próżnować pomimo istnienia obozów. Ale któż dzisiaj nie jest „zrzeszony”, nie należy do jakiegoś Verbandu168, do jakiegoś Kampfbundu169? W stowarzyszeniach tych wiedzą, jacy członkowie nie mają stałego zajęcia i jeżeli uchylają się oni od służby pracy w swej organizacji, od której zawsze mają coś uzyskać. A zatem znajomy mój, rysownik z zawodu, ze średnio zamożnej rodziny mieszczańskiej, od dłuższego czasu bez zajęcia, należy, bo go to bawi i zajmuje, do oddziału lotniczego któregoś ze „Sturmów” berlińskich. Za nic nie chciał iść na pół roku na roboty rolne „na saksy”. Zagrożono mu jednak, że nie będzie mógł w „Sturmie” pozostać.
Kto powiedział, że bywają nudne ulice czy miasta? Nigdy nie zdołałem się o tym przekonać; przecież każda banalna twarz, każda mydlarnia, każda secesyjna kamienica posiadają życie, które chcę odgadnąć. I jak, i kiedy tu się nudzić? Idę więc spokojną mieszczańską ulicą — odpowiednik polskiej Wilczej czy Hożej, nagle w oddali kupa narodu, słyszę krzyki, gdy dochodzę do zbiegowiska, widzę, że po jednej stronie ulicy jest Braunes Haus, czyli koszary jednego ze Sturmów, a po drugiej włoska gelateria170. Staram się rozpytać, o co chodzi, ale bardzo nieśmiało, gdyż dzielnica ta nie przywykła do cudzoziemców. Dowiaduję się tylko z niechętnie, a raczej trwożliwie udzielanych mi informacji, że to bójka między esamanami z przeciwległych koszar a przedstawicielami innego Sturmu, będącymi po cywilnemu. Ale nie to jest ważne — ważny jest nastrój tłumu. Tłum ten stoi i milczy. Nie dyskutuje jak normalnie w takich wypadkach; nikt nie przechwala się, że właśnie on pierwszy usłyszał, zobaczył, czy coś podobnego. U jednych można wyczuć zgorszenie, że szturmowcy biją się pomiędzy sobą, a u większości — po prostu jakiś nieprzemyślany lęk. Z wielkim wrzaskiem syren przyjeżdżają dwa auta z uzbrojoną policją. Z czarnych czeluści bramy brunatnego domu wychodzi delegacja SA. Odbywa się jakaś rozmowa, a tymczasem dwóch policjantów z całą brutalnością przepędza nas wszystkich z chodników i bram tak, że ulica jest zupełnie opustoszała na przestrzeni czterech kamienic z każdej strony koszar. Zdumiewające jest nasze milczące odstępowanie przed tym jednym policjantem. Cofamy się z poczuciem winy, żeśmy widzieli to, co zaszło. Nikt się nie ociąga. Nikt nie protestuje. Nikt się z „panem władzą” nie przekomarza, wszyscy milczą. Znów syreny, znów dwa auta wiozą tym razem Feldpolizei, czyli żandarmerię oddziałów szturmowych, nad którymi zwykła policja nie ma władzy. Policja natychmiast odjeżdża. Feldpolizei zabiera jakiegoś nieszczęsnego cywila, którego wskazał SA, i razem udają się do wnętrza Braunes Haus. Incydent, zdawałoby się, powinien być zakończony — tymczasem tych dwóch rewirowych jeszcze energiczniej i jeszcze dalej nas odsuwa. Kiedy się pamięta to, co rok temu potrafiło dziać się w takim Braunes Haus, trudno oprzeć się myśli: a nuż nie chcą, żebyśmy słyszeli krzyki. Tłum rozchodzi się pomału. Obok mnie idzie kobieta i dwóch mężczyzn. Ona bardzo wzburzona mówi: Ich war nie Nazi, Ich war immer Deutsch-National171. Na co obaj mężczyźni z przerażeniem: Sprich doch nicht so laut — bist du verrückt?172. Konkretnego i rewelacyjnego nic właściwie tego wieczoru nie zobaczyłem, nie dowiedziałem się niczego nowego; a jednakże do głębi wstrząsnął mną nagły widok zasłoniętego na co dzień oblicza rewolucji.
„Wiadomości Literackie” 1934, nr 26 (553).