Ikonografia i święto pracy

Współczujący przyjaciel pisał do mnie po mordach z 30 czerwca173: „Jeżeli chcesz być zawsze à la page174, musisz się postarać o posadę spikera w radiu”. Ta uwaga, właściwie bardziej filozoficzna niż przepojona współczuciem, nic a nic mnie nie pocieszyła. Tylko teraźniejszość i „fakt bieżący” są mniej więcej wolne od wilczych dołów. Przyszłość objęta prorokowaniem to niezrównana sposobność do wygłupiania się, a przeszłość choćby wczorajsza w obecnych chyżych czasach to albo nudziarstwo, albo wprost nekrofilia. Muszę wybierać. Wybieram więc ze stanowczością, ale i ze smutkiem, za temat i tło mojego reportażu zamierzchłą przeszłość w zapomnianym państwie: epoka — maj-czerwiec 1934; państwo — Rzesza Niemiecka pod rządami partii narodowosocjalistycznej, niemającej jeszcze rozłamów ani różnicy zdań, opozycji ani krytyki. (Państwo to notabene przestało istnieć już w końcu maja).

Niemcy były wówczas typowym państwem policyjnym. Cecha ta trwa nadal i została nawet brutalnie podkreślona „czerwonym” w nocy z 29 na 30 ubiegłego miesiąca.

(Chciałbym bardzo doczekać się czasu, kiedy słowa „policja” i „władze bezpieczeństwa” przestaną być lekkomyślnie używane jako synonimy. Synonimami być powinny, to inna rzecz, ale tylko w krajach naprawdę demokratycznych, czyli w starych demokracjach zachodnich, i to, niestety, z bardzo licznymi wyjątkami, policja jest naprawdę władzą bezpieczeństwa, a nie czymś w rodzaju siepaczy).

Do jakiego stopnia ustrój policyjny otoczony jest w Niemczech nimbem władzy, można przekonać się choćby z tego, że instytucja tajnej policji — w innych krajach uważana za malum necessarium — rozwija tu swoją propagandę popularyzatorską na równi z innymi ugrupowaniami funkcjonariuszy państwowych. Nawet w Polsce mówi się szeptem, że ktoś należy do wywiadu. W Berlinie zaś akt przekazania przez Goeringa bezpośredniego zwierzchnictwa nad tajną policją dowódcy SS Himmlerowi i przebieg tej ceremonii jest opisywany i fotografowany na wszystkie strony. Zdjęcie upamiętniające to zdarzenie zostało bardzo starannie upozowane, obmyślone, skomponowane. Jest tam i flaga ze swastyką, i dwaj panowie, o których chodzi, stoją dokładnie pośrodku obrazu, dokładnie profilem, i podają sobie ręce, a twarze ich wypadają akurat na tle białej części hitlerowskiej flagi.

Jest to typowe zdjęcie propagandowe, gdyż jak wszystkie mu podobne spełnia dwa zadania: jest uderzająco plastyczne i wzbudza poczucie, że władza to nie byle co.

Ale tu wkroczyliśmy na temat bezmierny, na temat ikonografii rewolucji narodowej, która to ikonografia jest w lwiej części wypełniona śmiertelnymi kształtami „Jego Przeciętności Wodza”. Temat to zresztą poza swą obszernością — bynajmniej nie błahy.

Siedzę przy stole w towarzystwie katolików, więc elementu nieco bardziej obiektywnego i odważnego, a na temat Hitlera wygłasza peany obecny wśród nas Włoch. Następuje ożywiona dyskusja. Sąsiadka moja nie zabiera w niej głosu, tylko po chwili dotyka mego łokcia i tonem konkluzji mówi: Ich halte mich an die Photographie175. Nie potrzebuję podkreślać, do jakiego stopnia uradowała mnie ta idealnie zwięzła i sceptyczna uwaga, gdyż po przestudiowaniu tysięcy istniejących zdjęć Hitlera nie czuje się już potrzeby dowiadywania się, kim on właściwie jest.

Znam jeden sklep na Kleiststrasse (podobnych jemu jest wiele, ale ten wydaje mi się specjalnie „dobry”), w którym dziewięćdziesiąt procent towaru stanowią podobizny Führera: fotografie, obrazy, sztychy, rzeźby, płaskorzeźby, medale i makiety. Pozostałe dziesięć procent towaru to fotografie o tematach narodowosocjalistycznych. Liczba przeróżnych zdjęć we wszelkich możliwych rozmiarach i wykonaniach przyprawiłaby na pewno o żółtaczkę, gdyby jeszcze żyła, świętą Teresę z Lisieux. A każda z tych podobizn jest starannie upozowana. Hitler automatycznie i (miejmy dla Niemiec nadzieję) podświadomie zachowuje się plastycznie i fotogenicznie.

Nie opuszcza żadnej okazji „zdjęcia się” z dziećmi czy z kwiatami. Karmi też czasem daniele. Pierwsze działa na rodziców w ogóle, drugie — w szczególności na kobiety, trzecie — na dzieci oraz miłośników przyrody i zwierząt. Istnieją też obrazy alegoryczne, obrazy, gdzie Führer przedstawiony jest w sympatycznej grupie z Fryderykiem Wielkim i Bismarckiem; zdjęcia w mundurze (choć w przeciwieństwie do Goeringa — zawsze w tym samym) i po cywilnemu, groźne i uśmiechnięte, w powitaniu faszystowskim czy też z klasycznym napoleońskim gestem skrzyżowanych ramion. I tu potrzebna jest wstawka. O ile całą ludność cywilną i umundurowaną obowiązuje powitanie starorzymskie, które młodzi polscy sztafetowcy mogą studiować w „Zachęcie” na rzeźbie gladiatora dłuta Welońskiego176 — o tyle wodzowie przy ukłonie odwracają dłoń ku niebu, trzymając ją przewróconą nad ramieniem. Ma to podobno symbolizować podtrzymywanie państwa, a wygląda, jakby nieśli niewidzialną tacę. I choć wiemy dobrze, że żadna praca nie hańbi, a już chyba najmniej praca naszych kochanych karmicieli kelnerów — powitanie hitlerowskie w wykonaniu samego wodza wygląda szalenie śmiesznie, zwłaszcza, że w zestawieniu z jego twarzą wypada to tak bardzo zawodowo. Ale capo d’opera177 fotografów niemieckich oraz zgrywania się Hitlera to zbiorek sześciu pocztówek pod ogólnym tytułem Adolf Hitler spricht178. Bardzo wątpię, czy to są zdjęcia kinowe. Patrząc na nie, ma się wyraźne wrażenie patrzenia niedyskretnie poprzez lustro, tak dalece każda poza wydaje się wystudiowana właśnie przed lustrem, wystudiowana w stylu prowincjonalnie aktorskim. Pocztówki te zaopatrzone są w krótkie urywki z przemówień wodza, o tonie najintensywniejszej demagogii, a zdjęcia mają ilustrować gestem myśl przytoczonego zdania. Przypuszczam, że to właśnie tego zbiorku pocztówek „trzymała się” głównie moja znajoma, której lakoniczną opinię przed chwilą cytowałem.