Dopełnieniem wrażenia, jakie sprawiają te pocztówki, było dla mnie słuchanie oraz oglądanie stosunkowo z bliska samego Führera na Tempelhofie179 1 maja bieżącego roku. Żywo wówczas stanęła mi przed oczyma świetna kreacja aktorska Fidlera180 jako Kolasińskiego w Rodzinie Słonimskiego. Można by było przysiąc, że aktor warszawski osobiście podpatrzył gesty i mimikę Hitlera. Jest w tej gestykulacji coś prymitywnego, a zarazem szablonowego, coś skróconego, przerwanego w połowie, jakby sam mówca wahał się ciągle, czy przypadkiem nie użył nieodpowiedniego ruchu lub mylnej postawy.

Cofam się tu pamięcią do już dość przebrzmiałych pomp 1 maja, ale obchód ten uważam za tak bardzo znamienny dla możliwości zbiorowego usposobienia Niemców, że podałbym jego opis nawet po upadku rządów narodowych socjalistów. Wychodzę z domu przed dziewiątą. Dzień jest wspaniały i już bardzo upalny. Przed moim domem stoi grupa ze stu pięćdziesięciu osób z transparentem głoszącym, że reprezentują pewną firmę. Czekają na środku jezdni, aż tajemniczo działająca i niesamowicie sprawna organizacja rozkaże im postępować dalej. Są to widocznie drobni urzędnicy i urzędniczki. Ubrali się nie odświętnie, ale przeciwnie, w to, co mieli najstarszego, bo wiedzą, co ich czeka. Kobiety niosą ze sobą składane krzesełka, na których chętnie siadają. Wszyscy są już spoceni i wyglądają na zmęczonych, a mają jeszcze przed sobą cztery godziny marszu i przystawania, zanim dotrą do Tempelhofu. Humory zdają się jednak być bez zarzutu. Biorę taksówkę i jadę już trochę spóźniony do Lustgartenu, gdzie ma się odbyć Kundgebung181 dla młodzieży hitlerowskiej. Dojechać tam niełatwo, gdyż każdą ulicą kroczy rozczłonkowany pochód. O dojechaniu do samego zamku nie ma mowy, a właśnie na tarasie tegoż zamku będą wypowiedziane mowy i tam też wyznaczono miejsce dla prasy i zaproszonych gości. Toruję więc sobie na piechotę drogę poprzez kordony policji, hitlerjungów, SS i wreszcie docieram do wyrwy wyglądającej jak prostokątny rów wijący się wśród brązowej oranki182, w jaką zamienił się dziś Lustgarten. Rów ten czy okop jest jakby ocembrowany z boków szpalerem czarnych, rosłych esesmanów, którzy, powiązawszy się za łokcie paskami, bronią go od zasypania przez brązową masę — tym ruchliwszą, że bardzo młodą. Tym pustym, jakby wyschłym korytem rzeki, którym przybyć ma Führer, kroczę samotny i zawstydzony, w jasnym, letnim ubraniu, stuprocentowy cywil, prawie Żyd. Okazało się kilka dni później na pewnym przyjęciu, na którym spotkałem dość wielu członków SS, że mój samotny ingres nie bez racji mnie zażenował. Jakież było moje zdziwienie, kiedy trzech nieznajomych mi panów, tym razem ubranych po cywilnemu, podeszło do mnie z zapytaniem, czy to ja 1 maja kroczyłem samotnie do trybuny prasowej. Zauważyli mnie i zapamiętali.

Z tarasu zamku — świetny widok. Morze chłopców w brązowych koszulach i stojących w karnych szeregach, to rozsypanych luźnymi grupami. Latarnie wyglądają jak choinki przeładowane młodzieżą hitlerowską. Zastanawia spostrzeżenie, że prawie co drugi chłopiec ma aparat fotograficzny i to nie byle jaki, ale drogi i skomplikowany. Wciąż nim „zdejmuje”. Zwyczaj upamiętniania drogą fotografii wszystkiego i wszystkich oraz noszenia w portfelu i pokazywania po dwóch minutach znajomości nowo spotkanej osobie zdjęć rodziny, kochanki, psa lub motocykla jest prawdziwie instytucją wśród niemieckiej półinteligencji.

Pośrodku Lustgartenu stoi Maibaum183. Jest to kolosalny monolit z drzewa — wspaniały okaz lasów Turyngii. Uprzytamnia on widzowi bardzo plastycznie fakt, że obok piekła Ruhry istnieje też w tym ogólnie zasobnym kraju dość spokoju i poszanowania przyrody, aby takie drzewo mogło być wypielęgnowane. Maibaum jest odarty z kory, odziany w girlandy zieleni, udekorowany symbolami, wśród których swastyka odgrywa niepoślednią rolę. Jest to coś w rodzaju polskiego gaiku czy angielskiego May-pole. Ponieważ w Niemczech nic bez obchodu odbyć się nie może, więc i oficjalne przybycie Maibaumu filmowano od chwili zrąbania, poprzez podróż na kilku platformach kolejowych, aż do ceremonialnego powitania przez ministrów Turyngii i Rzeszy. Był to sam w sobie obchód, który zajął prawie cały dzień setkom, jeżeli nie tysiącom ludzi.

Przypomina mi to dziwaczne wrażenie, które odniosłem, będąc obecny przy ceremonii położenia kamienia węgielnego pod nowy gmach Reischbanku. Wiemy wszyscy, jak stoją sprawy skarbowe Niemiec. Dziwić tylko może przedsięwzięcie budowy mającej kosztować około czterdziestu milionów marek. Gmach zająć ma przestrzeń trzynastu hektarów, a wykończenie go przewidziane jest w ciągu najbliższego roku. Przedsięwzięcie to, posiadające w opinii każdego trzeźwego człowieka niechybnie cechy rozrzutności, nie tylko nie jest załatwiane po cichu, ale przeciwnie: obchód, którego byłem świadkiem, otoczono niesłychaną prozopopeą184. Wybudowano trybuny dwadzieścia razy większe i bardziej zbytkowne niż warszawskie trzeciomajowe na placu Marszałka Piłsudskiego, co — jak wiemy — kosztuje. Były dziewczynki w bieli i cały rząd z Hitlerem na czele. Przy tej okazji zdarzył się też ciekawy incydent. Hitler miał przemawiać, a obecnym dziennikarzom rozdano druczki nawołujące do nierobienia notatek podczas przemówienia wodza. Oczywiście zaostrzyło to niesłychanie apetyty dziennikarskie, lecz nastąpiło rozczarowanie, gdyż Hitler powstrzymał się od słowa (rzadki przypadek), za to Schacht wygłosił przemówienie, w którym między innymi podkreślił niezapomniane zasługi Fryderyka Wielkiego na polu skarbowości, określając jednocześnie tego monarchę jako prawdziwego „narodowego socjalistę na tronie”. Co dzisiaj poczną z życiem płciowym tego monarchy?

Ale wróćmy do Lustgartenu i do Święta Pracy. Jak w każdej niemieckiej demonstracji, uderza przeróżność i bogactwo szczegółów; ileż tu oznak, chorągwi, emblematów, a choć zasadniczych mundurów jest mniej niż rok temu (bo nie ma Stahlhelmu i niemieckonarodowych), jednakże w istniejących mundurach SA, SS, Feldpolizei, Reichswehry, obozów pracy i policji jest tyle odmian, że chodząc po tarasie zamkowym, naliczyłem piętnaście rodzajów samych brązowych czapek.

Wodzowie przyjeżdżają wśród frenetycznych okrzyków i powiewania sztandarami. Najpierw przemawia Goebbels — słuchają go, choć treść przemówienia jest mglista, jeżeli chodzi o młodzież, i nienowa; bezustanne nawoływanie do entuzjazmu. Następnie przychodzi kolej na Hitlera. Wstępuje na mównicę — szalone oklaski; zaczyna przemawiać, czyli ryczeć, a wśród słuchaczy następuje najbardziej nieoczekiwane jakby odprężenie, trochę jak w wojsku na komendę „spocznij”. Zaczynają się rozmowy i rozglądanie się. Literalnie nikt czy prawie nikt nie słucha.

Po przemówieniach następuje pochód przypominający defilady karnawałowe w Nizzy. Kroczą lub jadą malownicze grupy chłopów z wszystkich zakątków Rzeszy w barwnych, tradycyjnych strojach; za nimi idą grupy i pojazdy alegoryczne, często cukierkowe, a znowu czasem tchnące jakimś ostrym powiewem atmosfery sowieckiej. Lecz może ciekawsze od pochodów i przemówień jest przejście po prostu wzdłuż tarasu zamku, gdzie zebrani są zaproszeni goście, rząd i prasa. Dziwne tu widać obrazki. Kilku starych woźnych z zamku, zapewne dawnych domowników cesarskich, patrzy z pogardą na tę „ludową” demonstrację — znać, że są to wielkie snoby. Oficer Reichswehry, pocięty mensurami185 i z monoklem, niczym nie zdradza swego stosunku do odbywających się zjawisk rewolucji. Samotna pani — musiała być kiedyś piękna — w najnowszym paryskim modelu sumiennie podnosi znużoną rękę, kiedy tego wymagają okoliczności, ale wydaje się niesłychanie udręczona i znudzona tym statycznym gestem pożyczonym z „żywych obrazów”. Za to opodal od niej młody oficer i młoda kobieta, którą można jedynie określić jako naprawdę arystokratycznie, źle i niestarannie ubraną — jak podnieśli ręce w faszystowskim powitaniu na początku pierwszego hymnu, tak nie spuścili ich chyba przez cały czas trwania manifestacji. W każdym razie uszło to mojej uwadze. Śpiewają wszystko, co jest do śpiewania, mają cały czas łzy w oczach i ręce im nie drżą ze zmęczenia. A znowu dalej, choć też z ręką wzniesioną, ale ze sceptycznym grymasem na twarzy, obserwuje tę dziwną parę starszy dyplomata z Auswärtiges Amt, którego na takie kawały nie nabiorą.

Kundgebung dla młodzieży skończona. Do wyruszenia na Tempelhof mam kilka godzin. Włóczę się więc po mieście i przyglądam grupom maszerujących w skwarze i pyle na lotnisko, do którego ja — parias i cudzoziemiec — zajadę wygodnie taksówką. Rozbawił mnie wyjątkowo widok przedstawicieli teatrów berlińskich. Nie było wśród tej grupy oczywiście wielkich gwiazd sceny, nie pofatygowały się maszerować, toteż przedstawiała ona najśmieszniejszą mieszaninę szatniarek, dam zza bufetów i wyranżerowanych186 tenorów z przydługimi włosami i w aksamitnych marynarkach, biednych, starych kabotynów.

Organizacja, powtarzam, jest fantastyczna. Każda grupa posiada jak najdokładniejszy „rozkład” marszu, czyli czas zbiórki, dokładną marszrutę, miejsce i czas połączenia się z innymi grupami. To samo dotyczy rozwiązania się całej tej dwumilionowej hecy. Rezultatem było zupełne uniknięcie zatorów w ruchu ulicznym, ale ponieważ na tym świecie za wszystko trzeba zapłacić, więc ceną sprawności marszu gwiaździstego na Tempelhof było jego trwanie mniej więcej od siódmej rano do pierwszej po południu, o której to godzinie cały plac był już szczelnie wypełniony; przemówienia rozpoczęto dopiero o czwartej. Stanie w nieznośnym upale przez minimum trzy godziny bez możności siedzenia nawet na ziemi, to nie byle co dla cywila, i to niepodnieconego oczekiwaniem jakiegoś widowiska, ale tylko szeregu wiecowych ryków. Podobne ryki słyszy się co dzień od półtora roku z okazji każdej funkcji publicznej i przy każdym włączeniu radia. Znajomy mój, będący jednym z bardzo nielicznych przedstawicieli swej firmy, opowiedział mi z dumą, że w pół godziny po dojściu do celu marszu spotkał się, choć nieumówiony, ze wszystkimi kolegami w knajpie niedaleko Tempelhofu: wszystkim udało się, jak mówią myśliwi, „uciec z pola”. Takich dezerterów jednakże, sądząc po liczbie pozostałych, nie musiało być wielu. Wystarczy pierwszy rzut oka z wysokości trybuny na ludzkie morze, ażeby przekonać najbardziej zatwardziałego sceptyka, że podobnego skupienia ludzkiego nigdy w życiu przedtem nie oglądał. Nie sposób opisać widoku dwóch milionów ludzi stojących w zwartych szeregach, na minimum przestrzeni, jaką taka masa zająć może. Kolosalny łan białawoszarych plameczek, jakaś chropowata, popielata powierzchnia, jakby pumeksu, pokryta najwyraźniej kilkumetrową warstwą lekkiej mgły — wyziewów płuc. Ponad tą mgłą wystają symetrycznie rozstawione, w ziemię wmurowane słupy ze sztandarami. Poza tym monotonię i monochromię obrazu przerywa dwanaście czy szesnaście ogromnych, białych namiotów z powiewającymi flagami Czerwonego Krzyża. Są one ustawione w szachownicę na przemian z imponującymi, jak schrony pod Verdun, żelazobetonowymi ubikacjami. Widok ich potwierdza znany fakt, że nie tylko słowem człowiek żyje. Szpitali też nie ustawiono jedynie dla ozdoby. Przeszło cztery tysiące osób skorzystało z usług personelu sanitarnego. Jak mnie poinformowano, około tysiąca osób złamało nogi lub ręce, przeważnie w nadgarstku lub kostce, padając w omdleniu. Miało się też urodzić na polach Tempelhofu, jak jedni twierdzą, sześcioro, a inni — dziewięcioro dzieci. Oczywiście w większości wypadków były to zwykłe omdlenia spowodowane upałem. Naokoło zaś skupionego i poważnego placu panowała mniej ideowa atmosfera zwyczajnego odpustu. Masa straganów z lemoniadą. Jakiś pan w bieli roznosi na tacy befsztyki tatarskie, bardzo już zeschnięte, fioletowe i pokryte muchami. Pracuje, jak by miał w kieszeni komisową umowę z Czerwonym Krzyżem.