Tło dla naszych trybun stanowią trzy flagi: dwie ze swastyką, a jedna niemiecka trójbarwna. Są one rozciągnięte na stalowych rusztowaniach kilkupiętrowej czy kilkunastopiętrowej wysokości, wmurowanych w ogromne bloki betonu. Jest to sama w sobie tytaniczna i skomplikowana budowla, ale nie wytrzymałaby naporu wiatru, gdyby flagi były zwyczajnie szyte; są one tylko luźno plecione z wąskich bawełnianych taśm, tak aby przepuszczały wiatr. Z bliska widać, że są przezroczyste. Prawie pierwszą rzeczą, o której słyszałem w Berlinie, były właśnie te flagi. Fryzjer mój, stary znajomy i nienawrócony socjalista, opowiedział mi o przygotowaniach do Święta Pracy, podkreślając z zaciętym sarkazmem, że te dwudziestopięciometrowe flagi to jedyny pozytywny rezultat hitlerowskiego reżimu.

Ale popatrzmy raz jeszcze na pole. Najbliższe sto metrów zajęte jest przez przedstawicieli formacji mundurowych w szykach mniej zwartych niż dalej stłoczona masa cywilów. Pięknie świecą się w słońcu łopaty „oddziałów pracy”, trzymane na ramieniu jak karabiny. (Gdyby tylko tak szlachetną bronią ludzkość chciała walczyć!). Nad polem krąży błękitny sterowiec z gigantycznym, dobrze znanym napisem Odol187. Podobno policja za pomocą radia kieruje stamtąd ruchem mas. Obok mnie stoi chłopczyk, syn znajomych moich, Amerykanin. Wierci mi dziurę w brzuchu pytaniami, jaki jest narodowy ptak Niemiec. Będzie z niego tęgi heraldyk. Nie mogąc dać mu właściwej odpowiedzi, wskazuję na sterowiec i mówię bez przekonania, że zapewne Odol, a w duszy myślę, że właściwie wszystko to odbywa się za wstawiennictwem nacjonalistycznego ducha świętego, który wprawdzie nie jest gołębicą pokoju, ale śmiało można go nazwać Dentolem.

Trybuna, z której przemawiać będzie wódz, przypomina konstrukcyjnie niektóre makiety miast antycznych, spotykane po muzeach. Ma schody, występy i balkony. Na jednym z takich występów stoją w czworobok, tyłem do mównicy, nieruchomi, czarni członkowie SS. Świetny to efekt. Pomyślałem sobie w tej chwili, że Charrel w Grosses Schauspielhaus188 nie potrafiłby lepiej pod względem efektu scenicznego. Wszystko tu jest barwne i ciekawe. Oto właśnie na trybunę dyplomatyczną wchodzi nuncjusz papieski z kwaśną miną. I cóż mu się dziwić? Nawet kamedułę przywykłego do całonocnych modłów znudziłyby wreszcie nieustające „godzinki” nacjonalistów. A dopiero, kiedy ma się przeświadczenie — a przypuszczać należy, że nuncjusz właśnie takie przeświadczenie posiada, że nabożeństwo to skierowane jest do fałszywego Boga, wówczas cała liturgia wydaje się nieznośnie niepotrzebna. Jestem dopiero kwadrans na trybunie, czas już się wlecze. Jedyny ruch — i ten staje się prawie monotonny, to sanitariusze pędzący z noszami na pomoc.

Wreszcie, wśród szalonych okrzyków radości, wjeżdża na pole według swego zwyczaju, stojąc w otwartym aucie jak cezar z komicznego filmu — Hitler. Teraz kończy się interesująca część widowiska, przemówienia i reakcje na nie są podobne do tego, cośmy widzieli rano podczas obchodu w Lustgartenie. Tylko tu upał jest większy i dzięki temu uwaga słuchaczy jeszcze bardziej rozrzedzona. Poniżej mównicy siedzą Röhm i August Wilhelm, najmłodszy syn ekscesarza. Głośno opowiadają sobie jakieś dykteryjki i śmieją się do rozpuku. To jakiś dziwny, nieoczekiwany objaw na tle z góry narzuconej powagi. Po trzech kwadransach przemówień następuje koniec tego, co kosztowało miliony, stracony dzień pracy, niepotrzebne zmęczenie i dla wielu upokorzenie. Góra urodziła mysz, lecz poród był ciężki i sensacyjny. Rozwiązanie manifestacji było też arcydziełem organizacji, nie tylko że po pół godziny pole Tempelhofu było puste, ale ja osobiście bez wyjątkowych wyczynów łokciami dostałem się do podziemnej kolei, przepuściwszy z powodu przepełnienia zaledwie jeden pociąg. Ażeby zebrać myśli i odpocząć, zaszedłem do baru hotelu Eden — panują tam zupełne pustki, za to cały personel baru i kuchni słuchał w skupieniu Goeringa, który tymczasem zaczął przewodniczyć trzeciej w tym dniu demonstracji odbywającej się znowu w Lustgartenie. Był to jedyny wypadek, kiedy widziałem ludzi uważnie przysłuchujących się mowie politycznej, ale cóż ma robić barman, kiedy wszyscy odbiorcy koktajli demonstrują?

„Wiadomości Literackie” 1934, nr 31 (558).

Wrażenia norymberskie

Zawiedzione nadzieje

Jadę na Parteitag do Norymbergi usposobiony do reżimu narodowosocjalistycznego znacznie życzliwiej niż przed dwoma i trzema laty. Stosunek mój do Rosji Sowieckiej był zawsze wysoce niechętny, a proces trockistowski189 nie przyczynił się do mego nawrócenia. Hiszpania nie zachęca do lewicowości, a Francja swym rozdarciem wewnętrznym budzi obawę o losy kultury europejskiej. Dziennikarze strasburscy spotkani na Parteitagu opowiadają o wzmożonej popularności Niemiec w Alzacji od czasu objęcia rządów przez Bluma190. Kraje skandynawskie i Anglia cieszą się ustrojami, niestety, niezaraźliwymi. Dziś więc dla większości krajów wybór jest rzeczywiście ograniczony niemal do smutnej alternatywy. Francuskie powiedzenie on ne sait à quel saint se vouer191 pochodzi z pięknych dawnych czasów obfitości, kiedy miało się do rozporządzenia usługi wszystkich świętych pańskich. Dziś jest się skazanym na wybór pomiędzy świętym Karolem Marksem a świętą Joanną d’’Arc, której historycy nie bez racji przypisują wynalazek nacjonalizmu. Oboje święci wymagają od swych adeptów straszliwej abnegacji i ascezy.

W Rosji nie byłem od roku 1918, nie miałem więc sposobności (bo dobrą wolę mam zawsze) nawrócenia się na komunizm. Z odległości, z opowiadań, a głównie sądząc z usposobienia moich komunizujących czy komunistycznych znajomych — ustrój sowiecki wydaje mi się wysoce nieatrakcyjny, a jego zdobycze — okupione nieproporcjonalnym ogromem zhańbienia i cierpień. Myślę więc, że jadę do kraju mniejszego zła, gdzie zapewne jest znośniej, niż było w latach 1933 i 1934, gdzie zapewne ostrości stępiały i pewna ludzkość wsączyła się w wybitnie „nieludzki” ustrój. Otóż te moje optymistyczne nadzieje zawiodły. Obawiam się, że wszystko, co dalej napiszę, wyda się jednostronne i negatywne. Pragnę więc z góry zaznaczyć, co następuje: powróciłem do Niemiec przekonany, że obecny ustrój polityczny Rzeszy nie powoduje poczucia krzywdy czy nieszczęścia u ogromnej większości narodu; że przeciwnie, wiele milionów mieszkańców wręcz skorzystało na zwycięstwie Hitlera, przede wszystkim więc bezrobotni i ci wszyscy, którzy potrafią wypełnić swe życie poczuciem dumy narodowej, że odebrawszy ludziom pewne wartości moralne (może abstrakcyjne), ustrój obdarował ich zdobyczami materialnymi i materialistycznymi, czy też prymitywnie i przyziemnie mistycznymi.

Jadę więc pełen zapału do prawdy, a jednocześnie wciąż sobie powtarzam, że w sprawach moralności nie powinno się robić porównań, że chociaż w Hiszpanii jest źle, nie znaczy to jednak, że w Niemczech jest dobrze, jak to dali z lekka do zrozumienia katoliccy biskupi Niemiec w swej proklamacji po zjeździe w Fuldzie; że Białomorski Kanał swoją drogą, a zamordowanie Röhma i van der Lubbego swoją drogą; że Żydzi i socjaliści to też ludzie; że prześladowanie religii w Niemczech i krajach znajdujących się pod wpływem komunizmu różni się tylko co do stopnia, ale nie co do zasady i celów.