Jadę. Granica między Rawiczem a Trachenbergiem niczego nie dzieli. Kraj po obu stronach miedzy biegnącej przez wschodnioeuropejską łąkę jest identyczny. Tylko skutki kary bożej za wieżę Babel, podniesione w ostatnich stuleciach do wątpliwej godności najwyższego ideału, sprawiają, że ludzie po obydwu stronach tej miedzy nie mogą się porozumieć, nie mogą się lubić, chociaż jednaki instynkt każe im popełniać te same absurdy, poddawać się tej samej zabobonnej ucieczce przed własnym zdaniem i zdrowym rozsądkiem, zmusza do szukania ukojenia w ślepym zdaniu się na „władzę”. Przychodzi na myśl — po co właściwie ta granica, skoro cała ludzkość w jednakowym stopniu zdaje się podlegać bezpośredniemu wpływowi złowieszczych gwiazd?

Pociąg przepełniony jest wojskowymi. W dzisiejszych Niemczech to może najprzyjemniejszy element. Czuje się w nich pewną tradycję, mniej bojaźliwości objawiającej się tupetem, nie widać tak często spotykanego u Parteigenossów192 parweniuszostwa i brutalności. Wreszcie szczegół, ale bardzo ujmujący: wojskowi nie „heilhitlerują” i po prostu salutują po wojskowemu, co w porównaniu z olimpijsko-rzymsko-faszystowsko-hitlerowskim powitaniem wydaje się czymś uroczo cywilnym. (Może sławny ukłon Gary’ego Coopera z filmu Maroko nadał militarystycznemu pod kozyriok193 pewien wdzięczek erotyczny). Cały wagon restauracyjny zda się być wypełniony biesiadą dobrych znajomych. Wszyscy rozmawiają ze wszystkimi i to o jednym: o wojsku. Atmosfera przesiąknięta jest przeraźliwie nudną, bo uporczywą, męską fachowością, jak kiedy zejdą się brydżyści, koniarze czy myśliwi. Mówi się o manewrach, o awansach kolegów, pokazuje się nowo zamówione mundury i „żurnale” wojskowe. W tym miejscu rozmowa robi się prawie kobieca, bo umiłowanie munduru przypomina tu już prawie kobiecy szał kiecek.

Nieludzka celowość

W tym wagonie po raz pierwszy przychodzi myśl, której słuszność potwierdziły obserwacje z całego mego pobytu w Niemczech, a mianowicie, że wszyscy ci ludzie, cywilni i w mundurach, przykładają się do czegoś, czego cel leży właśnie w samym akcie wykonania, a nie skutkach danej czynności. W innych krajach jednostka jest mniej lub więcej pełną próbką cech narodowych. A tutaj robi przede wszystkim wrażenie trybu w maszynie, której własne obroty są jedynie jej celem.

W porównaniu z „wyuzdaną” epoką kanclerza Bruninga194 Niemcy dzisiejsze są krajem nudnym, jak nudna jest bezcelowa maszyna, a może zwłaszcza jak nudny jest skład wszelkich części zapasowych.

Ale mniejsza o nudę. Co przeraża, to brak niezadowolenia. Nie jest to paradoks. Nie chcę oczywiście powiedzieć, że martwiłby mnie widok narodu zadowolonego, ale mam tu na myśli fakt, że w każdym społeczeństwie istnieją przecież panowie z chronicznie chorymi wątrobami lub choćby z przelotnym kacem. Takim panom jest przecież wszystko nie w smak, wszystko im śmierdzi pod nosem — zrzędzą. Istnieją przecież panie w ciąży, które mdli przez dziewięć miesięcy, i panie, które właśnie noszą się z myślą o migrenie; no więc takie panie, kiedy stoją przez godzinę na chodniku bez możliwości przejścia przez jezdnię i dostania się do domu, powinny, choćby cicho, ale — narzekać. Nie czynią tego. Dlaczego? Zapewne jest w tym i dyscyplina, i egzotyka usposobienia niemieckiego, a może i strach. Jakie są proporcje tej recepty, nie zdołałem zbadać.

Byłem w Anglii na jubileuszu królewskim w roku 1935, byłem niedawno w podnoszących się z depresji Stanach Zjednoczonych i wiem, co to są narody szczęśliwe. Pod zaobserwowane tam kategorie szczęścia, Niemcy roku 1936 nie podpadają. Są oni jednakże niewątpliwie bardzo zajęci, zaaferowani, podnieceni, co oczywiście pomaga oddać moment zastanowienia i wątpliwości. Nawet w małych mieścinach ciągle dzieje się coś „partyjnego”. To coś musi być przygotowane, musi być wprawione w olśniewające ramy i wyreżyserowane do maksimum sprawności. Panie, na przykład, zajęte są zmianą mody. W ciągu całego tygodnia w Norymberdze widziałem jedną szykowną Niemkę ubraną po zachodniemu. Poza tym w Grand Hotelu, przybytku ultraelitarnym, widać było różne generałowe bardzo po prusku dystyngowane, ubrane dyskretnie, przedwojennie i niemodnie. Ale większość niewiast wyraża w swych strojach tendencje wyraźnie chłopomańskie: brzuszki gotyckie i obowiązkowo fartuszek. Głowa i nogi — gołe. Buty sportowe. Od tych chłopiejących mieszczek prawdziwym gustem odbijają prawdziwe chłopki we wspaniałych tradycyjnych strojach.

Kontrasty

Kultura i tradycjonalizm chłopski, zwłaszcza południowych Niemiec, musi cudzoziemca zawsze bardzo przyjemnie ująć. To chłopski element, choć cieszący się tak wielkim poszanowaniem w Trzeciej Rzeszy, dziwnie nie harmonizuje z szarą zglajszachtowaną myślą i brudnobrązowymi koszulami doby obecnej, jak zresztą Norymberga nie nadaje się swą atmosferą na Parteitag. Strój ludowy różni się całkowicie w sąsiadujących ze sobą wioskach. A Norymberga znowu wprost dyszy indywidualizmem. Każdy patrycjusz wyłaził ze swym domem po prostu na środek ulicy, żeby go było widać. Tam nie udałaby się nigdy inicjatywa anonimowego piękna placu Vendôme czy Rue de Rivoli.

W tym mieście wprost feerycznej piękności, której można postawić tylko jeden zarzut, że nas, obieżykrajów i zimnych drani, śmieszy swą już prawie kiczowatą teatralnością — gdyż trudno się nie śmiać, kiedy człowiek znajdzie się w księżycową noc na placyku z jednym drzewem i z fontanną, mając na lewo domek z erkerem195, na prawo gotycki most przez rzeczkę, a w głębi wąską uliczkę, której wijący się w górę pęd przyspieszają od czasu do czasu spotykane schodki, wreszcie hen, pod niebem na niedostępnej skale — zamek, ale taki naprawdę rekwizytowy; to wszystko w jakimś wohlgemuthowskim skrócie; w tym mieście, którego dawne cechy życia i ludzi zdają się być wypisane na każdej ścianie, gdzie kamienie murów obronnych nabrały patyny nadającej im materialnego i moralnego podobieństwa do razowego chleba, za którymi to murami tworzyli tak kameralni geniusze, jak Wolgemut196 i Stwosz, Kraft197 oraz Vischer198, w tym mieście nie ma wprost miejsca na hitlerowskie nagłe i brutalne powitanie. A mimo to — wszystkie beznadziejnie banalne i szerokie arterie Berlina mniej dyszą hitleryzmem niż ten przeinaczony gród.