Ale tu zaznaczyć należy — i uwaga ta dotyczyć będzie wszystkich mych norymberskich spostrzeżeń — że Parteitag powoduje wielkie skoncentrowanie tych, których Francuzi nazywają les purs199, że to zjazd „pierwszej brygady” w całej jej potwornej rozrodczości, że interes szynkarza czy sprzedawcy gazet każe mu być bardziej pogańskim od Rosenberga i bardziej aryjskim od Streichera.
Drezno czy Bamberg dowiodły mi, że różnice w zglajszachtowaniu jednak istnieją. W miastach tych cudzoziemiec może przez cały dzień nie usłyszeć sakramentalnych słów Heil Hitler! zwróconych bezpośrednio do siebie. Tymczasem w Norymberdze każde wejście do sklepu, każde pierwsze zbliżenie się kelnera czy rozstanie się z szatniarką stawia obcokrajowca wobec konieczności zaznaczenia przez zwykłe Guten Tag swej obcokrajowej nietykalności. W Dreźnie widziałem dwóch Wandervoglów200. Byli to młodzi chłopcy ubrani po tyrolsku, nie wiem do której potęgi. Chodzili po knajpach i sprzedawali pocztówki na własny temat. Na klapach kurtek i na zielonych kapelusikach zaopatrzonych w pędzle do golenia było przypiętych mnóstwo najrozmaitszych odznak, ale żadnej partyjnej! W Norymberdze o takich outsiderach nie było mowy.
Prasa i kawiarnia
Biorę się do prasy. Wiadomości zagranicznych na ogół mało, z Polski stosunkowo dużo: na ogół życzliwie lub bez komentarzy, reszta — z Hiszpanii. Powstańcy są aniołami niezdolnymi do żadnego okrucieństwa. Jeżeli chodzi o Hiszpanię i o Rosję, walka z religią wywołuje w prasie hitlerowskiej najgłębsze oburzenie. Oburza też niezrozumienie Moskwy dla wzniosłych ideałów pacyfizmu.
Za to o życiu wewnętrznym kraju można się coś niecoś dowiedzieć. Jakieś pismo ilustrowane podaje fotograficzny reportaż z Musik Hochshule201, w której kształcą się orkiestry wojskowe. Dalej pokazane są nowe modele mundurów i zmiany oznak na kołnierzach pocztylionów. Świeżo otwarte wrota do promiennego świata munduru są wciąż przedmiotem entuzjazmu i sztubacko-pedanteryjnych zainteresowań całego narodu. Wciąż słychać pytania Was fur ein Uniform ist das?202, a ja widzę taką ich mnogość i taką różnorodność, że tracę wszelką ambicję rozeznania się w tej militarnej krawiecczyźnie.
Następują fotografie pięknego zamku, gdzie rozlokowano szkołę Arbeitsfrontu. Jedną z głównych górnych komnat zapełniono ławkami szkolnymi, a napis głosi, że jest to klasa dla Politische und Weltanschauung Schulung203. Robi to przykre wrażenie, zwłaszcza kiedy się pomyśli, że robotnik niemiecki miał przecież tak kulturalną i skrystalizowaną Weltanschauung204 na długo przed rokiem 1933, a teraz sadzają go jak smarkacza do ławki szkolnej i uczą jego własnych (bo je kompletnie sobie przyswoi) przyszłych opinii. Następny artykuł jest propagandowy, na hurra. Temat: nowe Niemcy odkryły godność pracy. Nikt przedtem — tylko Trzecia Rzesza.
Mam dość czytania. Rozglądam się po kawiarni, w której siedzę. Rojno tu i gwarno. Muzyka gra stare wiedeńskie szlagiery oraz tyrolskie i bawarskie melodie o nastroju jodlerskim. Sąsiedzi, gdy widzą, że się jest obcokrajowcem, okazują ujmującą uprzejmość, ale w przeciwieństwie do dawnego Berlina nie następuje zbliżenie, rozmowa się nie nawiązuje. Naród ma przecież tyle wspólnych i technicznych tematów do omawiania, że cudzoziemiec odnosi wrażenie, jakby przerywał jakąś naradę fachowców. Poza tym nie wita się po hitlerowsku, a już to jedno stwarza przepaść między nim a otoczeniem. Siedząc tak w kawiarni, czuję się beznadziejnie obcy i samotny, jak prawie nigdy przedtem w życiu.
Gdzież jest dawny berliński zmysł humoru? Przecież tu berlińczyków i hamburczyków, i renańczyków są dziesiątki tysięcy. Przecież jeszcze przed paru laty ludzie ci śmialiby się, obserwując tłustych panów w brązowych koszulach, jak wchodzą do lokalu, wymachując rękami na podobieństwo semaforów kolejowych, i wykrzykują jednocześnie nazwisko malarza pokojowego z górnej Austrii. Nie widać też tutaj dość jawnej płciowości niemieckiej ani nawet tej przed-płciowej sentymentalności, która objawia się wszędzie poza krajami muzułmańskimi. Nie ma parek w kawiarniach, a w parkach dziwnie ich mało. Po knajpach siedzą zgraje umundurowanych mężczyzn, zupełnie zadowolonych z własnego towarzystwa, nie starających się wymknąć „na dziewczynki” i śpiewających trochę po pijanemu i bez żadnej świadomie militarystycznej myśli Volk ans Gewehr205. Przy jednym stole siedzi czterech SA i cztery panienki. Są młodziutkie, byle jak ubrane, wyglądają jak szczury z małymi warkoczykami zwisającymi im po obojczyki; Backfische206 w najwdzięczniejszym wieku. Towarzysze ich śpiewają dość „grube” piosenki, a one posłusznie powtarzają drastyczne refreny, przy czym twarze ich są pozbawione wszelkiego wyrazu. Maski tępoty. Jak się dla nich ten wieczór skończy? Trudno doprawdy zrozumieć tę oddalającą się od Europy Trzecią Rzeszę.
Znowu zmuszam się do uprzytomnienia sobie, że tu widzimy tylko napływ elity, a jak wiadomo, elita w państwach totalnych jest elementem często nietypowym, a nawet obcym i — powiedzmy — nie zawsze sympatycznym.